29.11 Rocznica historyczna na dziś. NOC LISTOPADOWA – BRAT MORDUJE BRATA!

Straszna, przerażająca noc pełna CHAOSU, bezmyślnych MORDÓW i przypadkowych walk. Noc Listopadowa przedstawiana jest dziś jako bohaterski zryw młodych oficerów przeciw rosyjskiemu okupantowi. Tak naprawdę była to BRATOBÓJCZA jatka. Wojna polsko-polska!

29 listopada 1830 roku grupa zdeterminowanych i odważnych elewów ze szkoły podoficerskiej piechoty wyruszyła kierunku Pałacu Belwederskiego, by pojmać i zabić cesarzewicza, wielkiego księcia Aleksandra. Wypadki te doprowadziły następnie do buntu części oddziałów Wojska Polskiego, a potem do ogólnonarodowego powstania.
Dziś wydarzenia tak zwanej Nocy Listopadowej przedstawiane są jako romantyczny zryw polskiej młodzieży, zaś samo powstanie warszawskie jako wspaniały i powszechny akt słusznego gniewu ludu warszawskiego przeciw rosyjskiemu okupantowi. W istocie przebieg wydarzeń wskazuje raczej na krwawą wojnę domową i szaleńczą karuzelę wydarzeń, nad którą nikt nie panował i gdzie Polacy strzelali do Polaków w bezsensownej walkach bratobójczych. Rosjanie w pewnej mierze stali z boku i ze zdumieniem przyglądali się wojnie polsko-polskiej.

Amatorka i bezsensowna przemoc


Warto sobie uświadomić, że bezpośrednim impulsem spiskowców do podjęcia roboty konspiracyjnej były urażone ambicje oraz strach. Wielki książę Konstanty Wódz Naczelny wojsk polskich w Królestwie był nieco dziwnym człowiekiem. Ożenił się z Polką hrabianką Grudzińską , co zamknęło mu drogę do tronu cesarskiego w Sankt Petersburgu. Otaczał się Polakami, faworyzował ich, co wywoływało oburzenie Rosjan. Choć kochał podległe mu wojsko i doprowadził jej do stanu niemalże wzorowego jeśli chodzi o poziom wyszkolenia i dyscypliny, to jednak wobec oficerów bywał brutalny i bezwzględny. Podczas parad i apeli wojskowych dopuszczał się rękoczynów i zachowań wręcz grubiańskich. To głównie, a nie czynniki polityczne – jak to się na ogół tłumaczy – skłoniło młodych elewów do zawiązania spisku. Jak pokazał przebieg insurekcji działali oni bez żadnego porozumienia z wyższą kadrą dowódczą, co bardzo zaważyło na przebiegu powstania.

Atak na Belweder - źródło: wikipedia.org

 

Już pierwsze chwile buntu przebiegały pod znakiem fuszerki i amatorszczyzny. Hasłem do wybuchu powstania miał być pożar browaru na Solcu. Ustalono, ze łuna pożaru rozświetli miasto dokładnie o godzinie szóstej wieczorem. Nie było w tym czasie telefonów czy innych środków łączności, więc uznano, że taki znak będzie doskonale widoczny we wszystkich częściach stolicy.

czytaj dalej

Organizacyjnie - "Stal Mielec"...


Niestety oficer wyznaczony do tego prostego, jak się mogło wydawać, zadania podpalenia zakładu, nie poradził sobie z nim. Zabrał się do za to za wcześnie, podpalał parę razy. Ostatecznie niewielki pożar wybuchł o pół godziny za wcześnie, został zresztą szybko ugaszony. Spowodowało, że część oddziałów wciągniętych do spisku, zwłaszcza tych stacjonujących na peryferiach, nie było gotowych na czas…

czytaj też: ZABIĆ Marszałka! Historia wszystkich zamachów na PIŁSUDSKIEGO!

Kolejnym, najważniejszym akordem konspiracji miało być ujęcie księcia Aleksandra w jego rezydencji, w Belwederze. Wzięła w nim udział grupka patriotów – żołnierzy i cywilów. Może zadziwiać fakt, że wśród wyznaczonych do tego zadania ludzi zaledwie kilku umiało się w ogóle posługiwać bronią! Jak przystało na dobrych Polaków przed robotą wstąpili oni do kawiarni na kieliszek czegoś mocniejszego. Oto jak wspomina tę wyprawę jedne z jej uczestników, Seweryn Goszczyński:


Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do cukierni blisko kościoła Świętego Krzyża dla ogrzania się szklanką ponczu (…) Dochodziliśmy do posągu Sobieskiego, który według planu miał być punktem zbornym dla oddziału belwederskiego, kiedy błysnęła łuna pożaru na Solcu – hasło pożaru na wszystkich punktach, a tymczasem nie było jak wpół do szóstej – a nas wszystkich ledwo kilkunastu.


 

Pożar wywołał alarm w pobliskich koszarach wojskowych. W parku łazienkowskim o zmroku obowiązywał zakaz przebywania osób postronnych. Po lasku biegali żołnierze, szukając niepożądanych gości . Spiskowcy wpadli w panikę, rozbiegli się i … pochowali za drzewami. - Każdy znalazł więc swoje drzewo i ukrył się za nim – pisze Goszczyński.

Zziębnięci i coraz bardziej zrezygnowani spiskowcy siedzieli za drzewami ponad godzinę, kiedy wreszcie dotarło do nich kilku konspiratorów ze szkoły podchorążych z Piotrem Wysockim na czele. Wtedy dopiero postanowiono ruszyć do Belwederu. Pojawił się inny problem. Oddział był bardzo nieliczny – liczył łącznie osiemnaście osób, z czego większość była cywilami nie obeznanymi z bronią palną. W Łazienkach podchorążowie zmuszeni byli zaaranżować krótkie szkolenie:

Podchorąży Konstanty Trzaskowski, odgadując po sposobie, jakim student Leonard Rettel broń trzymał, że ją pierwszy raz miał w ręku, zapytał:


- Mały, a karabin umiesz nabijać?
- Nie – brzmiała odpowiedź.
- Oto tak! A teraz ty spróbuj! – Rettel okazał się pojętny.
- Doskonale – pochwalił go Trzaskowski.


 

No cóż, trzeba przyznać, że tylko niezwykłej brawurze i odwadze młodych ludzi Powstanie zawdzięcza fakt, że spiskowcom udało się wedrzeć i sterroryzować mieszkańców Belwederu. Był to bowiem obiekt dość silnie zabezpieczony. Jednak rosyjscy wartownicy na odgłos zbliżającego się oddziałku haniebnie uciekli.

„Belwederczycy” nie osiągnęli jednak swego celu. Zabili kilku współpracowników księcia – w tym wiceprezydenta Warszawy Lubowidzkiego, Polaka zresztą – ale sam „cesarzewicz” nie został ujęty. Jak wspomina jego lokaj Kochanowski, zdążył on wyprowadzić księcia na strych, gdzie ukrył go przed napastnikami. Ci w swym szale mordowania, nie wpadli na pomysł, żeby te pomieszczenia również przeszukać.

Po kilku minutach książę zeszedł do swoich pokojów, a ja podawałem mu mundur i wtem spojrzawszy oknem do ogrodu, widziałem mnóstwo ludzi w ogrodzie, lecz nie dostrzegłem czy byli uzbrojeni i co to byli za jedni. A obawiając się, aby do okien nie strzelano, zgasiłem świece i przy miesiącu ubrałem wielkiego księcia


 

I tak polski służący uratował rosyjskiego wielkorządcę przed polskimi zamachowcami.


czytaj dalej

Brat zabija brata


 

Kolejne godziny zrywu to w istocie cały ciąg chaotycznych ruchów, pomyłek, ataków i desperackich szarż. Ale niestety również akty bezsensownych mordów młodych oficerów, którzy strzelali do generałów polskich, którzy nie chcieli przyłączyć się do buntu. Warto wziąć pod uwagę jaka była sytuacja militarna w listopadową noc w Warszawie. Wojska polskie stacjonujące tu liczyły około 12 tysięcy żołnierzy. Garnizon rosyjski tylko osiem tysięcy. Polacy mieli dużą przewagę, a mimo to nie zdołali w pierwszych godzinach opanować miasta. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Większość wojsk polskich nie przyłączyła się do buntu. Pozostała lojalna wobec swych dowódców, którzy w tej ruchawce widzieli wielkie zagrożenie dla suwerenności Królestwa Polskiego, a także obawiali się rewolucji socjalnej na wzór francuski.

Wojciech Kossak - Noc Listopadowa
wikimedia-commons domena publiczna

 

Oddziały spiskowców po zwycięskiej potyczce z rosyjskim garnizonem stacjonującym w Łazienkach, ruszyły do centrum miasta. Po drodze spotkali kilku generałów polskich błagając ich o przyłączenie się do ruchu i objęcie przywódca nad nim. Na próżno. Generał Potocki, który na wieść o ataku na Belweder udał się konno do Aleksandra, natknął się na powstańców przy placu na Rozdrożu. Popularny Staś Potocki był bardzo popularny wśród żołnierzy – świetnie nadawał się na przywódcę powstania. Jednak stanowczo odmówił przyłączenia się do insurekcji i uciekł pod opiekę rosyjskich oddziałów Konstantego. Podobnie kilku kolejnych wyższych oficerów.

Oto jak opisuje marsz powstańców Józef Patelski:

Im bliżej samego miasta, wszystko uciekało przed nami jak przed zastępem zarażonych upiorów. Z trzaskiem zamykały się sklepy, bramy i okiennice, ginęły światła i ludzie, a my jak czarne duchy, odbywające nocą pielgrzymkę, nie po Nowym, ale po tamtym świecie, przyspieszaliśmy w gęstym błocie kroku, krzycząc zrozpaczeni: „Polacy do broni!”


 

Nic dziwnego, że frustracja i gniew zamachowców rosła. Tym bardziej, ze u wlotu na plac Saski zamiast radosnych okrzyków i entuzjazmu przywitał ich rzęsisty ogień karabinów. Strzelali żołnierze ze szwadronu strzelców konnych gwardii polskiej. Doszło do bratobójczych walk. Padli zabici z obu stron. Swój narastający gniew powstańcy wyładowali na generałach, którzy nie chcieli przyłączyć się do sprawy. Przed bramą Pałacu Namiestnikowskiego napadli na zasłużonych dowódców - weteranów walk napoleońskich, generałów Haukego i Meciszewskiego. Obaj zginęli zadźgani bagnetami powstańców.

czytaj też: Operacja „pociąg”. Jak Niemcy pomogli Leninowi rozpalić pożar rewolucji

Tej nocy zginie jeszcze kilku zasłużonych dowódców wojsk polskich, których potem zabraknie w powstaniu. Najbardziej absurdalny i tragiczny był przypadek generała brygady Józefa Nowickiego, sekretarza generalnego Komisji Rządowej Wojny czyli ówczesnego wiceministra wojny. Oddziałki powstańcze natknęły się na jego karetę , którą wracał z teatru przy ulicy Senatorskiej. Pierwsze plutony Podchorążówki nie zatrzymały pojazdu usłyszawszy z ust stangreta nazwisko popularnego polskiego generała, jednak członkowie kolejnego oddziału, w którym byli również cywile, pomylili nazwisko „Nowicki” z „Lewickij”, czyli nazwiskiem znienawidzonego rosyjskiego gubernatora Warszawy. Karetę zatrzymano, padły strzały, kilka razy pchnięto również bagnetami. Generał Nowicki zmarł na progu Pałacu Prymasowskiego, gdzie mieszkał…

czytaj dalej


Do kuriozalnej sytuacji doszło podczas przedstawienia wystawianego w teatrze „Rozmaitości” znajdującego się wówczas przy placu Krasińskich. Na widowni znajdował się wówczas m. in. generał Józef Chłopicki i inni wyżsi oficerowie. Powstańcy przerwali przedstawienie, wdarli się na scenę i próbowali przebłagać Chłopickiego, bo objął dowodzenie nad ruchem. I tym razem nie znaleźli zrozumienia. – Dajcie mi spokój! Idę spać! – odpowiedział im z flegmą generał. Tym razem jednak powstańcy nie odważyli się podnieść reki na bohatera walk napoleońskich.

Atak na arsenał


Powstanie w Warszawie ostatecznie udało się. Do grupki konspiratorów przyłączyły się spontanicznie masy cywilnej ludności. Powiódł się atak na Arsenał, w wyniku czego w ręce cywilnej ludności dostały się potężne zapasy broni. Na placu Bankowym oddziały wierne dotąd carowi w ostatniej chwili zmieniły front i zbratały się z powstańcami i mieszkańcami miasta. W tej sytuacji wojska rosyjskie, a także większość regularnych oddziałów polskich pod wodzą księcia Aleksandra wycofało się do Wierzbna pod Warszawą i czekały tam na rozwój wypadków. Rankiem 30 listopada mieszkańcy Warszawy po raz pierwszy od kilkunastu lat obudzili się w wolnym mieście.

Marcin Zaleski - Wzięcie arsenału
źródło: wikipedia.org

 

Konstanty przybity buntem swoich ukochanych żołnierzy nie niepokojony przez nikogo opuścił granice Królestwa. Oddziały polskie stały kilka dni z nim, w końcu 3 grudnia, po wyrażeniu zgody przez Wielkiego Księcia przeszły na stronę rządu polskiego i dołączyły do powstania. Aleksander nie chciał walczyć z Polakami, odmówił swemu brat Mikołajowi i zapowiadał, że z polską żoną wyjedzie do Włoch, by tam żyć jako osoba prywatna. Nie zdążył. Zabiła go cholera, która wybuchła wśród żołnierzy armii rosyjskiej wycofującej się z Polski. Generał Chłopicki, wbrew sobie, objął władzę dyktatorską nad powstaniem.

 

Bibliografia:

Wybór źródeł do powstania listopadowego, oprac. J. Dutkiewicz, Wrocław 1957

Andrzej Kijowski: Listopadowy wieczór, Warszawa 1972.

Władysław Lewandowski: Uczestnicy powstania listopadowego opowiadają. Warszawa: PZWSZ, 1959.

Najchętniej czytane