ABSURDY PRL: CIĘŻKIE ŻYCIE milicjanta

Byli często obiektem drwin. W czasach PRL-u krążyło o nich wiele dowcipów. Milicjanci – bo o nich mowa – przez lata byli narzędziem w rękach władzy przeciwko rodzącej się opozycji. Walczyli także ze spekulantami, bimbrownikami i cinkciarzami. Tak jak dzisiejsza policja ścigali bandytów, piratów drogowych i drobnych złodziejaszków.

- Ludzie czuli przed nimi respekt – mówi pokolenie dzisiejszych 50- i 60-latków. – Mało kto odważył się milicjantowi burknąć, czy coś opryskliwie odpowiedzieć. Mieli dużą władzę i wiele z nich to niestety wykorzystywało. Pożalić się nie było komu, bo nie było instytucji rzecznika praw obywatelskich, media niechętnie podejmowały niewygodne tematy, jak przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza. Nie była to z pewnością instytucja, która cieszyła się społecznym zaufaniem. Najlepiej było nie mieć z nimi nic do czynienia. Kto miał znajomości w MO, temu wiele rzeczy uchodziło bezkarnie.

W czasach PRL łatwiej mozna się było dogadać z władzą - fot. wikimedia-commons

 

Przełożeni wymagali od swoich podwładnych milicjantów przede wszystkim wyników. Nikt wówczas nie słyszał nawet o jakichkolwiek sondażach czy słupkach poparcia.

- Wystarczył, że jakiś sekretarz partii zadzwonił do komendanta, żądając np. natychmiastowego ujęcia złodzieja, który włamał się do samochodu jego teścia i musieliśmy rzucać wszystko, żeby tylko tym się zająć – mówi były milicjant z komendy powiatowej. – Mieliśmy swoich informatorów, czasami kogoś się mocniej przycisnęło i efekty były. Nie mieliśmy telefonów komórkowych, komputerów, szybkich samochodów, ale w nocy nikt się nie bał chodzić po ulicy. Zdarzały się oczywiście kradzieże, napady, rabunki, ale nie tak często jak dzisiaj. A żeby napaść na interweniującego gliniarza? To było nie do pomyślenia. Na widok munduru ludzie zazwyczaj byli potulni jak baranki.

Te ich metody…


Milicjanci często sięgali po metody, które nie mieściły się w żadnych uregulowaniach prawnych, ale były skuteczne. Doświadczył tego jeden ze złodziei, który wpadł w zimie, w latach 70. Trafił na komisariat. Przesłuchiwał go doświadczony dochodzeniowiec. Siedzieli w małym, ciasnym pokoiku. Złodziej opatulony w gruby kożuch pocił się niemiłosiernie. Nie chciał się do niczego przyznać. Przesłuchujący go milicjant nie pozwolił mu się rozebrać. Przykuł go kajdankami do gorącego kaloryfera i wyszedł na jakiś czas z pokoju. Kiedy wrócił, złodziej przyznał się do kradzieży – nawet takich, o których milicja nie wiedziała. I to tylko w zamian za możliwość zdjęcia kożucha.

Milicja Oywatelska zawsze na posterunku - fot. wikipedia.org

Na próżno także szukać w milicyjnych, oficjalnych regulaminach zasady postępowania z chuliganami, którzy w śmigusa siali popłoch na ulicach, przesadnie oblewając przechodniów wodą. Milicjanci wyłapywali takich „żartownisi”, wsadzali ich do nyski i wywozili poza miasto – czasem kilkanaście kilometrów. Tam ich zostawiali. Niektórzy z nich do domu wracali dopiero pod wieczór. Do tego zziębnięci, z otartymi stopami.

czytaj dalej

Sprzęt z głębokiego PRL


Stróże prawa w PRL-u byli nie tylko słabo wyszkoleni, ale i kiepsko wyposażeni. Opatuleni zimą w ciężkie i niewygodne płaszcze nie mieli szans z uciekającym przestępcą. Letnie mundury i regulaminowe czapki także krępowały im ruchy. Nie lepiej było z radiowozami. O ile w latach 60. i 70. wszyscy jeździli podobnymi autami, to w latach 80. pościg polonezem za uciekającym fordem czy mercedesem z góry był skazany na porażkę.

- Zdarzało się, że po kilkuset metrach pościgu odpuszczaliśmy – przyznaje były milicjant drogówki. – Nie było czym gonić. Sam jeździłem kiedyś polonezem, w którym mój partner musiał trzymać cały czas drzwi, bo nie można ich było zamknąć. Wprawdzie wszystkie radiowozy były regularnie serwisowane, ale mechanik też nie jest cudotwórcą i z poloneza nigdy nie zrobi wozu pościgowego. Powiem panu coś jeszcze: pracowałem wiele lat na komisariacie w patrolówce. Wiele razy zdarzyło się, że w nocy zatrzymaliśmy nieletniego. Przyprowadzaliśmy go domu. A tam, ojciec od razu za pas i przy nas wlał synusiowi. I podziękował nam. Dzisiaj zdarza się, że rodzice są oburzeni, że policjanci wtrącają się w ich sprawy, bo przyprowadzają do domu pijanego dziewiętnastolatka, który spał na ulicy. To jest chore. Może i w milicji było dużo złych rzeczy, ale przynajmniej był porządek. Wie pan dlaczego? Bo ludzie byli nauczeni, że starszego trzeba szanować, mieli szacunek dla munduru, a młodsi bali się rodziców i nauczycieli.

W 1969 r. w jednej z lokalnych gazet ukazał się wywiad z milicjantem z Tomaszowa Lubelskiego, który opowiadał o swojej pracy. Tytuł wywiadu – „Najpotężniejszy milicjant w Polsce”. Mundurowy przy wzroście 170 cm ważył 150 kg. Dzisiaj najprawdopodobniej nie przeszedłby testu sprawnościowego, na przeszkodzie stałby też zbyt niski wzrost. W tym czasie jednak dzielny milicjant siał postrach wśród chuliganów, bo – jak sam się przyznał – zdarzyło mu się zatrzymać czterech chuliganów. Jednocześnie. Kłopot z nim miał jedynie zaopatrzeniowiec, bo na 150-kilogramowego milicjanta nie było odpowiednich krzeseł – wszystkie się pod nim łamały.

Krzysztof Załuski

Najchętniej czytane