TO BYŁA STRASZNA TRAGEDIA! DZIECI UTONĘŁY NA OCZACH NAUCZYCIELKI!

- Ciągle mam przed oczami ten okropny widok, GŁÓWKI TONĄCYCH DZIECI. Wydaje mi się, że to jest koszmarny sen - mówiła przesłuchującym ją śledczym nauczycielka. Trzynaścioro uczniów, którymi miała się opiekować, utopiło się w Wiśle. W roku 1961 doszło do jednej z największych TRAGEDII W KOMUNISTYCZNEJ POLSCE. 

Ówczesne władze dość niechętnie mówiły o tym wydarzeniu. Nie mieściła się ona w socjalistycznej konwencji państwa, gdzie tragedie i wypadki były „zarezerwowane” dla państw zza żelaznej kurtyny.

W tym roku odsłonięto pamiątkowa tablicę ku czci ofiar katastrofy. Uroczystości odbyły się w Szkole Podstawowej nr 17 przy ul. Krochmalnej w Lublinie. Ofiarami byli uczniowie klas 5. z tej szkoły. Pamiątkową tablicę odsłonił ks. Stanisław Chomicz, który wówczas przygotowywał w tej szkole dzieci do pierwszej komunii.


- Dzień przed tą wycieczką – po rozdaniu świadectw – grałem z nimi na łąkach w piłkę – mówi emerytowany już dziś duchowny. – Cieszyły się, że następnego dnia jada na wycieczkę do Kazimierza. Ja tego dnia miałem zaplanowany urlop w domu, w Parczewie. Pamiętam, że na koniec spytałem ich, że ciekawe kto będzie milej wspominać ten dzień.


 

Księdzu przez myśl wówczas nie przeszło, że wiele z nich widzi po raz ostatni. Następnego dnia – już w Parczewie – dowiedział się o tej tragedii.

Milczenie władz


O tych wydarzeniach pamiętają nieliczni. Prasa – poza skąpymi informacjami – nie wracała do tego tematu – nawet przy okrągłych rocznicach. Dzień po wypadku jedna z warszawskich gazet – owszem – zamieściła relację z Kazimierza. Dziennikarz opisał scenę… puszczania wianków na Wiśle.

[caption id="attachment_1835" align="aligncenter" width="479"] To była jedna z największych tragedii na Lubelszczyźnie - fot. autor[/caption]

Kazimierz Brandys w swoich „Listach do pani Z.” odnotował, że do zdarzenia doszło w wigilię św. Jana. Jak co roku, w Kazimierzu miały się odbywać tradycyjne Sobótki. Podczas tej dorocznej zabawy puszczano wianki, tańczono i śpiewano, rozpalano ogromne ogniska, które płonęły po obu stronach rzeki. Nikt nawet nie przypuszczał, że święto organizowane w najkrótszą noc w roku poprzedzi dramat.

(…)W południe między domem PTTK a kamieniołomami, niedaleko brzegu, utonęło trzynaścioro dzieci z wycieczki. Miejsce nie było przeznaczone do kąpieli. Dwoje dzieci i nauczycielkę, która rzuciła się na pomoc, wyratowali robotnicy pracujący przy tamie. Nie zdołano wyłowić wszystkich ciał.


Rodzice dowiedzieli się o wypadku z komunikatu radia lubelskiego, który nie podał nazwisk ofiar. Wysiadali z taksówek na rynku, wiedząc, że za chwilę usłyszą prawdę. Widziałem mężczyznę  siedzącego obok małej dziewczynki; była jedną z dwojga, drugie utonęło.


Na rynku stał autobus, który przywiózł wycieczkę, otaczały go grupki ludzi o zaczerwienionych oczach. Co parę minut zajeżdżała „Warszawa” z lubelskim numerem. Rodzice dowiadywali się zaraz na rynku. Uratowane dzieci czekały w autobusie. Nauczycielkę zatrzymano w komisariacie milicji. Rodziców, których dzieci nie było, zawożono nad rzekę, na miejsce wypadku. Ciągle szukano zatopionych ciał (...) – pisze Brandys.




 

Pogrzeb


Starsi lublinianie wspominają do dziś pogrzeb ofiar, który zgromadził tysiące ludzi. Z tych uroczystości pojawiła się jednak prasowa relacja wraz ze zdjęciami. Według medialnych doniesień udział wzięło kilka tysięcy osób. Były to z całą pewnością zaniżone dane.

- Sam kondukt żałobny ciągnął się kilka kilometrów – wspomina Janusz Zawadzki, który był na tym pogrzebie. – To były dziesiątki tysięcy ludzi, nawet na pochodach pierwszomajowych nie było takich tłumów. Pamiętam, że sam miałem ściśnięte gardło ze wzruszenia. Nikt od kilku dni o niczym innym nie mówił w Lublinie, jak o tym wypadku. Co rusz słychać było szlochy w tłumie. Czuć było wielką żałość, przecież to były jeszcze takie maluchy.
Ówczesne władze nie chciały dopuścić do udziału zbyt dużej liczby księży na pogrzebie.

- Wiem, że wezwali wówczas naszego proboszcza do urzędu wojewódzkiego – mówi ks. Chomicz. – Zapowiedzieli, że w pogrzebie mogą wziąć udział jedynie księża parafialni. Obawiali się manifestacji.

Do 28 czerwca rano – na dzień planowanego pogrzebu – nie znaleziono jeszcze ciał dwójki dzieci: chłopca i dziewczynki


Podjęto decyzję, że pogrzeb odbędzie się dla jedenastu ofiar. Kilka godzin później odnaleziono ostatnie dwa ciała. Były na wysokości klasztoru betanek w Kazimierzu, czyli kilka kilometrów od miejsca wypadku.

Pogrzeb wprawdzie się opóźnił, ale wszystkie dzieci spoczęły w zbiorowej mogile przy ul. Lipowej. Trzynaście trumien załadowano na wypożyczone żuki z FSC. Za wszystko, łącznie z trumnami zapłaciło miasto. Wycieczka do nadwiślańskiego miasteczka miała być nagrodą dla pięcioklasistów za dobre wyniki w nauce. Nie wszystkie dzieci pojechały wtedy do Kazimierza. Niektórych rodziców nie było na to stać. Dzień przed wyjazdem, 29-letnia nauczycielka wychowania fizycznego przedstawiła ówczesnej kierowniczce szkoły plan wycieczki. W programie była m.in. wspinaczka na basztę, Górę Trzech Krzyży, zwiedzanie spichlerza i jako ostatni punkt – właśnie kąpiel w Wiśle.

28-osobową grupą opiekowały się trzy nauczycielki.


 

Program przebiegał zgodnie z planem. Po zwiedzaniu miasteczka, dzieci razem z opiekunkami znalazły się na brzegu Wisły – ok. 300 metrów w górę rzeki od schroniska PTTK na końcu ul. Krakowskiej.


(…) „Uczniowie przez kwadrans bawili się w kucanego berka, po czym ruszyli ze swoją przewodniczką w dół rzeki. W pewnym momencie jedna z dziewczynek zaczęła się topić. Jadwiga H. (nauczycielka wf-red.) rzuciła się jej na ratunek. Jednocześnie jednak zaczęło się topić drugie dziecko.


Reszta wystraszona rzuciła się do ucieczki w miejsce, gdzie woda była bardzo głęboka. Silny prąd unosił dzieci coraz dalej. Zaczęły one wzywać pomocy” (…) - relacjonuje „Kurier” z 25 czerwca 1961 r.


 



Jedna z wersji tragedii zakładała, że dzieci weszły w tym miejscu na tzw. lotny piasek, który zaczął osuwać im się spod nóg. Ponieważ trzymały się za ręce, jedno pociągało za sobą drugie i po kolei wpadały do wody. W tym miejscu było niestety głęboko. Nie miały żadnych szans na ratunek. Nauczycielka uratował trojkę z nich. Reszty nie dała rady…Tragedię z 1961 r. opisał m.in. Jacek Śnieżek, dziennikarz z Puław w książce „Gniew Natury, dni które wstrząsnęły Ziemią Puławską”.

Krzysztof Doraczyński, mieszkaniec Kazimierza, miał 10 lat kiedy doszło do tego wypadku.

- Na brzegu stało wielu gapiów – wspomina ten dzień. – Woda w Wiśle była w tamtych czasach przejrzysta. W niektórych miejscach można było zobaczyć dno. Kiedy zobaczyłem w wodzie ciała dwójki dzieci, które kurczowo trzymały się ręce – uciekłem stamtąd. Ten obrazek zapamiętam do końca życia. Biegłem pędem do domu. A że mieszkałem na Górach, to musiałem przejść przez Rynek. Tam tłum ludzi. Większość to byli rodzice tych dzieciaków, którzy czym tylko się dało przyjechali wówczas do Kazimierza. Jedni płakali ze szczęścia, bo odnaleźli swoje pociechy, inni z rozpaczy, bo akurat rozpoznali ciało. To był straszny widok. Uciekłem do domu.

Według relacji prasowych z tamtych lat, świadkowie twierdzą, że w pobliżu przepływała akurat wtedy łódź wycieczkowa. Nie wiadomo, czy nikt nie usłyszał rozpaczliwego wołania o pomoc, czy też załoga nie chciała narażać bezpieczeństwa pasażerów, faktem jest, że nikt z łodzi nie próbował pomóc tonącym dzieciom.

Na rynku stał autobus z uratowanymi dziećmi - fot. wikimedia-commons

Te, które się uratowały wszczęły alarm. Na Wiśle pojawiły się dość szybko łodzie motorowe. W miasteczku zawyły syreny. Wezwano milicję i wojsko. Niestety, szybki nurt Wisły i zbyt duża głębokość utrudniała skuteczną akcję ratowniczą.



 

Ciała poszukiwano dzień i noc


W poszukiwaniach brali udział m.in. żołnierze z lubelskiej jednostki KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego) W nocy uruchomili agregaty prądotwórcze i dalsza akcja odbywała się przy zapalonych reflektorach. Ciała dzieci składano w kościele św. Anny. Leżały na posadzce ze względu na to, że była tam chłodno. Jednym z pierwszych, którzy dotarli z Lublina na miejsce wypadku był m.in. Andrzej Frączkowski, ówczesny sekretarz Rady Wojewódzkiej Ludowych Zespołów Sportowych.

- Przyjechaliśmy z kolegą motocyklem – mówi. – Na miejscu byli już ratownicy. Pamiętam, że rozstawili dużą sieć rybacką, żeby ciała dalej nie odpłynęły Wisłą. Ta nauczycielka mówiła, że jak się tych dwoje dzieci zaczęło topić, to rzuciła się im na ratunek, a pozostałe dzieci chciały jej pomóc i same zaczęły się topić.  

Zanim rozpoczęło się śledztwo w sprawie tego wypadku, media znalazły już winnego. Nie czekając na jakiekolwiek wyroki, zrzuciły winę na 29-letnią wówczas nauczycielkę wf. Bez żadnych skrupułów zamieściły jej nazwisko w gazecie. Ani słowem nie wspomniano, co w czasie feralnego zdarzenia robiły wówczas dwie inne opiekunki. W procesie, który trwał zaledwie kilka dni poniosły one najmniej dotkliwą karę – oprócz oczywiście traumatycznych przeżyć. Zostały przeniesione do innej szkoły. Kierowniczka szkoły wkrótce po wypadku zachorowała i przeszła na emeryturę.

Pogrzeb zgromadził tłumy Lublinian - fot. wikipedia.org

Tragicznie potoczyły się natomiast losy trzeciej opiekunki – Jolanty H.


Tuż po wypadku, na oczach milicjantów – rzuciła się do Wisły. Chciała popełnić samobójstwo. Uratowali ją. Następnego dnia trafiła za kratki. Usłyszała wyrok: 3,5 roku więzienia. Po tym czasie wyszła na wolność.  Długo nie mogła znaleźć zatrudnienia. W końcu pomógł jej znajomy. Jolanta H. aż do emerytury pracowała przy organizacji sportowych zajęć dla młodzieży. Znajomy, którą pomógł jej z znalezieniu pracy, miał przez jakiś czas problemy z tego powodu. Dziś Janina H. ma 84 lata. Mieszka na jednym z lubelskich osiedli.

- Strasznie mi jej szkoda – mówi jej znajomy. – Od ponad pół wieku rozpamiętuje ten feralny dzień. Tego się nie da wymazać z pamięci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Najchętniej czytane