Kryminalny PRL: To ja, złodziej. Pamiętasz mnie?

Przed laty zawsze mogli liczyć na obfity łup: gotówkę. Bo nie było wtedy kart kredytowych. Ani kont bankowych. Nasz rozmówca, były milicjant znał ich prawie wszystkich. Ale dziś – nawet po kilkudziesięciu latach – nie chce powiedzieć wszystkiego… Lublin, szczególne miasto na kryminalnej mapie PRL...

Jednym z najbardziej znanych kieszonkowców z lat 70. w Lublinie był złodziej o ksywie „Palma”. Przystojny, zawsze elegancko ubrany, stronił od alkoholu. Już na pierwszy rzut oka budził zaufanie. Nic dziwnego, że mało kto podejrzewał go o złodziejstwo. Kradł przede wszystkim w autobusach. Nie miał wspólników, zawsze działał w pojedynkę. Miał też bardzo ładną partnerkę. Stanowili urodziwą parę.

Paragon nawet na skarpetki


- Był tak cwany, że mimo nalotów na swoje mieszkanie na Starym Mieście, nigdy nic na niego nie mieliśmy – mówią byli milicjanci. – Nawet na skarpetki miał paragon. Trudno było mu cokolwiek udowodnić.
„Palma” był homoseksualistą. Najczęściej można go było spotkać w okolicach toalet na Pl. Litewskim. Dawno już nie żyje. Nikt z komendy nie pamięta, czy w końcu udało się go złapać kiedykolwiek na gorącym uczynku, czy też do końca pozostał bezkarny.
Starsi milicjanci wspominają też jedną z wielu kobiet w tym fachu. Ta, którą zapamiętali, była jednak wyjątkowa, bo z uwagi na urodę wszyscy mężczyźni się za nią oglądali. Skończyła jak najgorzej dla kieszonkowca: wpadła na gorącym uczynku.
czytaj też: Fitness-mania Jak Doktor Zander stworzył pierwszą siłownię [GALERIA ZDJĘĆ]

Lwów miał swoją słynną przedwojenną szkołę kieszonkowców, miał ją również Lublin – na Starym Mieście. Mieściła się tam jeszcze w latach 70. – w opuszczanych i przez nikogo nie odwiedzonych podziemiach.

- W małym lokum przyszli adepci tego fachu uczyli się, jak np. okraść kogoś w tłoku – mówi były funkcjonariusz ówczesnej milicji. Ścieśniali się jeden obok drugiego i po kolei ćwiczyli jak niepostrzeżenie wyjąć komuś z kieszeni portfel czy otworzyć torebkę.
Swego czasu modne (i zarazem kosztowne) były wieczne pióra. Niektóry nosili je dla szpanu w górnej kieszeni marynarki. I o tym, jak je ukraść – uczono w lubelskiej szkole. Sposób był dość prosty: złodziej trzymał zwiniętą w rulon gazetę, podchodził do swojej ofiary i zaczepiał wewnętrzny brzeg zwiniętej gazety o skuwkę. Potem już tylko wystarczyło delikatnie wysunąć pióro w kieszeni. Dla okradanego było niewidoczne – schowane w środku rulonu, który złodziej przekręcił w swoją stronę

Inna „lekcja” była poświęcona tzw. zasłonce. Złodziej uczył się, jak dostać się do damskiej torebki. Najpierw obserwował przyszłą ofiarę np. w sklepie. Interesowało go, gdzie chowa portfel. Potem czekał na dogodny moment np. w autobusie. Podchodził do ofiary z przewieszoną kurtką, kładł ja na torebce i potem otwierał ją i wyciągał portfel. Nikt nic nie widział…

czytaj dalej

Szkoła złodziejskiego fachu


Również tu – na Starym Mieście złodzieje uczyli się, jak wyjmować portfel z tylnej kieszeni nie dotykając go: wsuwali palce do kieszeni i podciągali podszewkę, aż portfel sam wyjdzie.

- Dzisiaj kieszonkowiec nie zawsze może liczyć na obfity łup – mówią byli mundurowi. – Kiedyś gotówkę nosiło się ze sobą, kto tam słyszał o kartach do bankomatu czy kontach? Dziś złodziej jak dostanie w ręce kartę zamiast pieniędzy, to niewiele z nią zrobi. Chyba, że wśród dokumentów znajdzie zapisany PIN. To tak jak z kradzieżami samochodów. Kiedyś to była plaga, dziś rzadko kradnie się auta. A pamiętam jeszcze jak jeden gość kupił sobie nowego malucha i bał się, że mu go ukradną. I któregoś razu siedział od godz. 20 do rana na parkingu i pilnował go. Ukradli go między 5 i 6 rano. Akurat wtedy mi się przysnęło…
Lublin, Stare Miasto - lata 70-te XX wieku
fot. wikipedia.org

Pod koniec lat 70. w Lublinie właściciel zakładu betoniarskiego nie zauważył, jak kieszonkowiec wyjął mu z kieszeni 70 tys. zł. To było  w autobusie. Równowartość miesięcznej pensji. Od razu poszedł na komisariat. Podał rysopis domniemanego sprawy. Pasował jak ulał do znanego w mieście złodziejaszka.

- Pojechaliśmy go szukać – mówi były milicjant – Traf chciał, że akurat jechał autobus, a kolega - za szybą - zobaczył znanego nam kieszonkowca. Dziwnie dyszał.
Zatrzymali autobus i weszli do środka. Złodziej na ich widok zaczął się nerwowo zachowywać. Usiłował coś chować między siedzenia.
- A co ty Zbysiu taki zziajany?
- Biegłem do autobusu – odparł.
- A co tam chowasz?

Okazało się, że Zbysiu chciał ukryć swój łup z autobusu innej linii. Równo 70 tys. zł…

Złodziejskie dzieciaki


W Lublinie kieszonkowcy mieli kilka swoich ulubionych miejsc: był to przed wszystkim Plac Litewski i tzw. Berza, czyli Dworzec Główny PKP. To w tych miejscach planowali „dzień pracy”. A po robocie większość z nich spędzała wieczory w Lubliniance lub Europie.
Najwięcej kieszonkowców mieszkało na Starym Mieście. I to oni najczęściej grasowali w autobusach. Prawdziwą zmorą byli w latach PRL nieletni. Nawet dziesięciolatki. Do tego procederu nierzadko zmuszali ich rodzice. Zatrzymani trafili przed sąd, który skazywał ich na zakład poprawczy. Rodzice zazwyczaj robili w sądzie duże oczy i z niedowierzaniem mówili: To niemożliwe, mój synek złodziejem???

- Taki 16-latek dostawał przykładowo wyrok pobytu w zakładzie do 21. roku życia – mówi były milicjant – Po dwóch latach w poprawczaku był już pełnoletni. Żeby tak długo nie siedzieć, to na pierwszej przepustce po osiągnięciu pełnoletniości dawał się zatrzymać na kradzieży. Wtedy dostawał co najwyżej – jako już dorosły – rok więzienia. Tamto już się nie liczyło. W ten sposób –zamiast wolności w wieku 21 lat, był dwa lata „do przodu”.

czytaj dalej


Kieszonkowcami w latach PRL zajmowała się specjalna grupa milicjantów, którzy dyżurowali w IV komisariacie przy ul. Cichej. Wcześniej nikt ich specjalnie nie szkolił. Sami nauczyli się, jak rozpoznać z daleka kieszonkowca, co robić, żeby go nie spłoszyć. Ta „nauka” działała też w drugą stronę. Po pewnym czasie niektórzy z kieszonkowców zaczęli im się kłaniać.
Młodocianych kieszonkowców nigdy nie brakowało 
wikimedia-commons domena publiczna

- Nawet dzisiaj niektórych spotykam – mówi jeden z emerytowanych funkcjonariuszy – Jeden z nich powiedział mi kiedyś tak: widzi pan, ja jestem od tego, żeby kraść, a pan, żeby mnie złapać.

Ale nie zawsze było tak miło...


- Zdarzało się, że kiedy wchodziłem z żoną do lokalu, to ktoś krzyczał: uwaga, pies! – dodaje. – Bywały też i groźby. To niestety jest wkalkulowane w ten zawód.
Bywało i tak, że w milicyjnych kartotekach mieli ponad 200 zdjęć kieszonkowców. To tych „swoich”.
Sytuacja skomplikowała się, kiedy złodzieje zmieniali swoje rewiry. Do Lublina przyjeżdżali wówczas na gościnne występy ich odpowiednicy z innych miast, głównie z Radomia.
- Wcześniej jednak mieliśmy „cynk” z tamtejszej komendy, że będziemy mieć gości – mówi były mundurowy z Lublina. – My również informowaliśmy inne komendy, że lubelscy kieszonkowcy wybierają się do nich. Wraz z taką informacją wysyłaliśmy sobie zdjęcia złodziei.
Ci – przyłapani na gorącym uczynku – nie tracili rezonu. Jednio z ich ulubionych powiedzeń brzmiało: „tyram chamie, czuję chajs”. Cyganie, których w tym fachu także nie brakowało nazywali milicjantów „hałada”.
- Kodeks honorowy kieszonkowców?
- Daj pan spokój, to bujda.
- Tyle lat minęło, a pan jednak chce pozostać anonimowy…
- Proszę pana, ja nie chcę rozgłosu, swoje robiłem, nigdy się nie sprzeniewierzyłem mundurowi, ale dzisiaj – jako dziadek i emeryt – nie potrzebuję rozgłosu.

Krzysztof Załuski, dziennikwschodni.pl

czytaj też: Gagarin wcale nie był pierwszy! Skrywane tajemnice sowieckiego podboju kosmosu

Najchętniej czytane