MAKABRA! NASTĘPCA KUBY ROZPRUWACZA! GARY RIDGWAY - MORDERCA ZNAD ZIELONEJ RZEKI!

Ridgway swoje ofiary dusił, najpierw robił to rękoma – a kiedy zorientował się, że kobiety, walcząc o życie, drapią i ranią jego ręce, postanowił używać sznurka. Po wszystkim odbywał z nimi jeszcze stosunek...


Na stan Waszyngton padł blady strach, gdy latem 1982 roku zaczęły znikać kobiety. Bardzo szybko pierwsze z ciał znaleziono nad brzegami waszyngtońskiej Green River (Zielonej Rzeki) – i to na tej podstawie prasa ukuła przydomek zbrodniarza: Green River Kille, czyli Morderca znad Zielonej Rzeki.

W kolejnych miesiącach znajdowano dziesiątki zwłok młodych kobiet, a jedyne co łączyło kobiety był fakt, że większość z nich trudniła się nierządem. Jednak wraz z coraz większą liczbą odkrytych ciał okazało się, że część ofiar nie ma nic wspólnego z prostytucją. Jak wykazało śledztwo morderca szukał swoich ofiar przy szosie stanowej, zgarniał do samochodu autostopowiczki i nastolatki, które uciekły z domu.

Aby uśpić czujność przyszłej ofiary pokazywał jej zdjęcie swojego syna i udawał typowego ojca rodziny. Większość spośród jego ofiar (przynajmniej tych potwierdzonych) nie skończyła 21 lat. Najmłodsza miała 15.


Dla policji szybko stało się jasne, że zabójca z nimi pogrywa, dokonuje zbrodni w jednym miejscu, a porzuca zwłoki w innym, by zmylić śledztwo. Dwa ciała znaleziono nawet w sąsiednim stanie. Jednak większość z nich porzucone zostały nad rzeką, na wysypiskach śmieci albo ukryte w krzakach pod listowiem – z reguły po kilka. Były całkiem rozebrane albo półnagie, czasem upozowane. Bywało, że w ich pochwach znajdowano wetknięte tam przedmioty: butelki czy kamienie. W wielu przypadkach morderca dopuszczał się także nekrofilii. Przy zwłokach znajdowano niedopałki, gumę do żucia i osobiste przedmioty zamordowanych, tak jakby przestępca działał w amoku.

Ted Bundy ostatnią deską ratunku


Ofiar było coraz więcej, a śledztwo z powodu jakichkolwiek poszlak stało w miejscu. Wtedy swoją pomoc zaoferował inny seryjny morderca - Ted Bundy.



Bob Keppel, jeden z najsłynniejszych tropicieli seryjnych morderców był świadom, że śledztwo drepcze w miejscu, przyjął więc ofertę Bundy’ego i w ten sposób, seryjny zabójca stworzył portret psychologiczny swojego pobratymca.

Gary Ridgawy - Morderca znad Zielonej Rzeki - fot. wikimedia-commons

To właśnie Bundy wywnioskował, że zabójca wraca na miejsce porzucenia ciał, aby odbywać z nimi stosunki seksualne. Zaproponował także zasadzkę na mordercę. Policja odnajdując gdzieś zwłoki stosunkowo niedawnej zbrodni, powinna je pozostawić na miejscu i dyskretnie obserwować, bo zabójca na pewno do nich wróci, może we wcześniejszym stadium śledztwa ta makabryczna zasadzka powiodłaby się, jednak morderca był wciąż o krok do przodu, bo swoje ofiary zaczął grzebać. Co wprowadziło policję w tak silną dezorientację, że zaczęto podejrzewać, że zabójców jest dwóch.

Czy Dusiciel znad Zielonej Rzeki przepadnie niczym Kuba Rozpruwacz?


Mijały lata, a ofiar przybywało, choć stopniowo fala zabójstw jakby słabła. Tylko co jakiś czas w krzakach albo na wysypisku śmieci ktoś znajdował rozkładające się kobiece zwłoki albo szkielet. Wtedy Green River Killer wracał wtedy na pierwsze strony gazet.

Prasa oczywiście rugała śledczych za brak wyników, szukając czasem sensacji tam, gdzie jej nie było. Kiedy na zawał zmarł oficer policji, który dowodził grupą dochodzeniową, pojawiła się spiskowa teoria: „zabójca znad Zielonej Rzeki” sam jest policjantem i ucisza tych, którzy wpadli na jego ślad.

Na początku lat 90. grupę specjalną, która miała schwytać mordercę, w zasadzie rozwiązano. Dziewięć lat śledztwa, 49 ofiar, wydatki rzędu 15 mln dolarów i żadnych konkretów – taki był bilans dochodzenia. Sprawę zawieszono na kołku i wydawało się, że pozostanie jedną z najbardziej frapujących zagadek kryminalnych współczesnej Ameryki, a morderca niczym Kuba Rozpruwacz po prostu przestanie dawać o sobie znać.

O rozwiązaniu sprawy nie zadecydowało ani potknięcie sprawcy, ale przełom, którego nie mógł on przewidzieć. Znaczący postęp w dziedzinie kryminalistyki umożliwił zbadanie znalezionych na miejscu zbrodni próbek nasienia i lakieru samochodowego. Okazało się, że ślady nasienia, które udało się zidentyfikować na szczątkach kilku ofiar, zgadzają się z próbkami DNA, jakie policja pobrała od lakiernika niejakiego Gary’ego Ridgwaya przy jego aresztowaniu – kilkanaście lat wcześniej!



Co ciekawe, Ridgway w 1984 r. został zatrzymany. Dziewczyna, którą nagabywał przy drodze, okazała się policyjną agentką w przebraniu. Kiedy śledczy przyjrzeli się jego kartotece, wyszło na jaw m.in., że przed paroma laty próbował dusić prostytutkę – wtedy go zwolniono, bo tłumaczył, że kobieta próbowała go gryźć i działał w samoobronie.

Morderca otrzymał rekordowy wyrok - 48-krotne dożywocie

Okazało się jeszcze, że w 1982 r. przyłapano go, jak w swojej półciężarówce zabawiał się z prostytutką. Ta kobieta później znalazła się wśród ofiar „zabójcy znad Zielonej Rzeki”… Śledczym oczywiście dało to do myślenia, ale Ridgway przeszedł badanie z użyciem wariografu. Dopiero dużo późniejsze dochodzenie FBI miało wykazać, że test został po prostu źle przeprowadzony – tymczasem jednak wykazał, że podejrzany nie kłamie i trzeba go było wypuścić. Blisko dwie dekady po swojej pierwszej zbrodni Gary Ridgway został zatrzymany.

Pakt z diabłem


Ridgwayowi można było z początku jednoznacznie udowodnić tylko kilka kwalifikowanych zabójstw. To i tak wystarczałoby, by posłać go na szubienicę. Śledczy chcieli jednak definitywnie wyjaśnić przynajmniej część pozostałych morderstw przypisywanych „zabójcy znad Zielonej Rzeki”. A Ridgway był jedyną osobą, która takie informacje posiadał. Doszło zatem do ugody sądowej, na mocy której Ridgway uniknie kary śmierci, jeśli wskaże miejsce ukrycia nieznalezionych ciał oraz zdradzi szczegóły dokonanych zbrodni.

Rekordowy wyrok dla mordercy nekrofila


Gary Ridgway już za kratkami zdradził motywy swojego działania. Wyznał, że prostytutki od zawsze na przemian podniecały go i odpychały. Z jednej strony narzekał przy innych ludziach, kiedy widział jak dziewczęta lekkich obyczajów plączą się po okolicy. Z drugiej: sam z usług prostytutek regularnie korzystał. Były dla niego tylko przedmiotami jednorazowego użytku, nie traktował ich na równi z innymi ludźmi.

Zabijał je, bo – jak sam mówił – nie chciał płacić ze seks. Potwierdził również, ustalenia śledczych odnośnie miejsca zbrodni, ofiary mordował w domu, samochodzie lub na odludziu, a potem przewoził je nad rzekę.


Ridgway swoje ofiary dusił, najpierw robił to rękoma – a kiedy zorientował się, że kobiety, walcząc o życie, drapią i ranią jego ręce, postanowił używać sznurka.


Dobór ofiar wynikał również z jego przekonaniu, że gdy takie osoby znikały bez śladu, nikt nie zgłaszał ich zaginięcia i mogły upłynąć miesiące, zanim ktokolwiek zaczynał ich szukać. Kiedy potrzeba mordowania stała się zbyt duża, postanowił rozszerzyć grono swoich potencjalnych ofiar o autostopowiczki i uciekinierki. Wyjaśnił, również, dlaczego w pewnym momencie zaczął grzebać ofiary, ponoć jego nekrofilia stała się dla niego tak obrzydliwa, że w ten sposób chciał uniknąć pośmiertnych stosunków z ofiarami.


Gary Ridgway podczas procesu - fot. wikimedia-commons domena publiczna

 



Skazano go na 48 osobnych wyroków dożywocia (w amerykańskim systemie prawnym orzeczenia się sumują) bez prawa do przedterminowego zwolnienia. Do każdego sędzia dorzucił jeszcze po 10 lat za fałszowanie dowodów. Zatem Gary’ego Ridgwaya po zsumowaniu skazano na rekordowy wyrok 48 wyroków dożywocia i 480 lat.

Najchętniej czytane