MAKABRA! ZABIJAŁ CIOSEM SIEKIERY! KRWAWY SZLAK "FRANKENSTEINA"

„Dołożyłem jej z całej siły siekierą. Ale ona dalej jęczała. Co za baba pomyślałem i jeszcze raz walnąłem ją w głowę” – wyznał po latach. Rozebrał ją i wykorzystał seksualnie.

Działał zawsze tak samo. Zaczajał się na ofiarę w jakimś odludnym miejscu. Następnie skradał się za nią, podbiegał z tyłu i uderzał w głowę. Najczęściej SIEKIERĄ! Gdy kobieta upadała, bił ją tak długo, aż zabił. Następnie BEZCZEŚCIŁ ZWŁOKI!

Najbardziej podniecało go to, że te kobiety nie mogły mu już odmówić seksu...

"Wampir  Bytomia"


Mówili o nim „Wampir z Bytomia” albo „Frankenstein”. W październiku 1976 roku z jego rąk zginęła Teresa R., której zakrwawione ciało znaleziono w piwnicy . Równo dziewięć lat później, jesienią 1985 roku w krakowskim więzieniu założono mu pętlę na szyję. Tak skończył Joachim Knychała, seryjny morderca kobiet, który przez lata siał postrach na terenie Śląska.

O jego ofiarach tak mówił Przemysław Semczuk, autor książki „Pseudonim Frankenstein”:

„To były przypadkowe ofiary, głównie młode kobiety. Istnieje przekonanie, że wybierał tylko te o czarnych włosach, bo takie włosy miała jego babcia, ale to akurat bzdura, bo nawet na czarno-białych zdjęciach widać, że ofiarami były też blondynki, czasami atakował zimą i nie mógł wiedzieć, jakie włosy są pod czapką. Grunt, żeby dziewczyna była w miarę atrakcyjna. Zależało mu, żeby zabić i zgwałcić, czasem tak brutalnie, że aż trudno o tym mówić. Podniecało go, że zapanuje nad ciałem kobiety. We wspomnieniach pisał, że to przecież tylko kupa kości i tyle, że to wszystko można zdeptać, zgnoić”

Ciało kobiety leżało w piwnicy kamienicy przy ul. Rostka w Bytomiu, sąsiadującej z komisariatem policji. Teresa R. miała 26 lat, obnażone ciało i roztrzaskaną od potężnych uderzeń siekierą głowę. Rano nadal było widać na klatce schodowej zaschnięte ślady krwi.
Joachim Knychała "wampir z Bytomia" - fot. materiały policji

Joachim Knychała dzień wcześniej bez celu włóczył się po ulicach swego rodzinnego Bytomia. Teresę R. zobaczył przy placu Sikorskiego. Wpadła mu w oko, zadecydował pójść za nią…

Pierwszy cios siekierą dosięgnął jej, kiedy otwierał drzwi swojego mieszkania. W lokalach sąsiednich słychać było odgłosy ujadania psa i codziennej krzątaniny, jednak nikt nie wyjrzał na klatkę schodową.

Mężczyzna przestraszył się, i zaciągnął ciało do piwnicy. Wrócił pospiesznie na górę, by pozbierać wysypane z jej torebki kosmetyki i przetrzeć balustradę. Gdy wrócił do piwnicy t jeszcze żyła:

„Dołożyłem jej z całej siły siekierą. Ale ona dalej jęczała. Co za baba pomyślałem i jeszcze raz walnąłem ją w głowę” – wyznał po latach. Rozebrał ją i wykorzystał seksualnie.


Urodził się 8 września 1952 roku w Bytomiu. W śledztwie przyznał sie, że zamordował z zimną krwią pięć młodych kobiet, usiłował pozbawić życia siedem kolejnych. Na każdej wyżywał się seksualnie, obcując z nimi gdy jeszcze żyły oraz później, bezczeszcząc ich zwłoki. Był typowym seryjnym mordercą, który na co dzień wiedzie przykładne życie, u boku kochającej żony i dwóch córek. Pracował w Piekarach Śląskich, jako cieśla i górnik w kopalni. Jak sam twierdzi – wzorował się na innym seryjnym zabójcy – Zdzisławie Marchwickim.

Nienawidził kobiet


Pochodził w mieszanej rodziny. Ojciec był Polakiem, ale matka Niemką. Było to przyczyną nieustannych drwin jego rówieśników. Dzieci potrafią być okrutne… Ojciec zostawił go, gdy miała dwa lata. Wychowywał go matka i babka.



Był znienawidzonym „polskim bękartem” – jak mawiała jego babka. Dzieciństwo miał okropne. Kobiety na przemian biły go, wyzywały i poniewierały. Bez wątpienia odcisnęło to piętno w umyśle chłopaka.

„Babki nienawidziłem – mówił. „Uraz do babki przekształcił się później w nienawiść do kobiet w ogóle”.


Uciekał z domu. Szybko znalazł akceptacje wśród miejscowych chuliganów...

Pierwszy raz w konflikt z prawem wszedł w wieku 18 lat, kiedy został skazany na trzy lata za próbę gwałtu na młodej dziewczynie,. Feralnego dnia Knychała spożywał alkohol z dwójką kolegów i znajomą z osiedla.

Dziewczyna miała ochotę odbyć stosunek seksualny z jednym z nich, ale do piwnicy zeszli wszyscy. Tam chłopcy ściągnęli z niej siłą bieliznę. Krzyk dziewczyny zaalarmował mieszkańców, którzy zatrzymali pijanych chłopaków.

Joachim nie poczuwał się do winy i do końca wypierał się próby gwałtu. Później w tym upatrywał przyczyny swojego silnego urazu do wszystkich kobiet. Młode kobiety stały się dla niego dobrem trudno dostępnym. Dlatego zrozumiał, ze musi używać siły, by je zniewolić…

Jedynym wyjątkiem była jego żona. Poznał ją zaraz po wyjściu z więzienia, zakochał się, a ona obdarzyła go czułością i ciepłem, którego nigdy wcześniej nie zaznał. Był rok 1974. W tym czasie cała Polska żyła procesem Zdzisława Marchwickiego.


fot. materiały policji

Straszliwego seryjnego zabójcy oskarżonego o 14 zabójstw kobiet i 6 usiłowań. Sprawa cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, na publiczności chciał znaleźć się każdy, stąd zaczęto wydzielać wejściówki. Wśród szczęśliwców znalazł się także Knychała, który napawał się brutalnymi opisami zbrodni, zeznaniami przerażonych świadków i zainteresowaniem, z jakim społeczeństwo patrzyło na mordercę. Zgodnie z oczekiwaniami, mężczyzna został skazany na karę śmierci.

Tymczasem stało się coś przerażającego. Gdy Marchwicki czekał w celi na wykonanie wyroku, a milicja i władze świętowały zakończoną sprawę, w Chorzowie została zamordowana Mirosława S. Zabito ją w dokładnie taki sam sposób, jak robił to Wampir z Zagłębia – uderzenie tępym narzędziem w tył czaszki, obnażenie ciała, stosunek seksualny, miejsce zdarzenia blisko miejsca zamieszkania ofiary – zaledwie 50 metrów od jej mieszkania. Ktoś zmasakrował jej zwłoki i pastwił się nad nią – z twarzy kobiety pozostała tylko krwawa miazga. Wspominając zbrodnię Knychała mówił później:

„Waliłem, aż usłyszałem trzask łamanej czaszki.”


Straszny widok przeraził nawet jego, dlatego nakrył głowę kobiety bluzką. Trwoga była tym większa, że kobieta ta była świadkiem podczas procesu Marchwickiego. Na milicję, sędziego i prokuratora padł blady strach: czyżby zamknęli niewłaściwą osobę?

W tym czasie Knychała wyruszył już na swój morderczy szlak… Jak sam wspominał miał szczęście…

Pierwszej ofiary nie musiał szukać, sama do niego przyszła. Bosa, zapłakana, poprosiła o odprowadzenie do domu rodziców. Wracała z zakrapianej imprezy i mocno przeżywała awanturę z chłopakiem. Nie wiedziała, że gorzko pożałuje swojej decyzji. Joachim siekierę nosił za pazuchą. Jednym ruchem wyciągnął ją i zamachnął się na kobietę. Zaciągnął ją w krzaki i ściągnął ubranie.

Była tylko jego i mógł z nią zrobić, co chciał. Gdy skończył porzucił ciało i wrócił do domu. Stefania M. jednak przeżyła brutalny atak i gdy nad ranem znaleźli ją przechodnie, ciągle oddychała. Na wieść o tym, Knychała modlił się o jej szybką śmierć w szpitalu. Po kilku dniach, nie odzyskawszy przytomności, dziewczyna zmarła.

Kolejna sposobność nadarzyła się 10 kwietnia 1976 roku. To było w tramwaju linii „6”. Wieczorem 33-letnia Halina M. wracała do domu. Było tuż przed północą, gdy weszła na klatkę schodową. Scenariusz taki sam jak zwykle: uderzenie twardym przedmiotem w głowę. Udało jej się zasłonić rękoma, co zamortyzowało atak. Wrzaski i harmider zaalarmowały sąsiadów. Z ranami tłuczonymi głowy i złamanymi kośćmi dłoni trafiła do szpitala, ale jej życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.

Kryptonim "szóstka"


Powtarzające się napady pozwoliły milicji na stworzenie specjalnej grupy śledczej pod kryptonimem „Szóstka” – od numeru tramwaju, na linii którego grasował zabójca. Pierwszy portret pamięciowy pojawił się dzięki 30-letniej Barbarze R. W jej przypadku niewiele brakowało, by zakończyła swój żywot z rąk oprawcy. Ją również wypatrzył w tramwaju i zaatakował na klatce schodowej. Ale uderzył za słabo. Kobieta wykorzystała sytuację, zaczęła krzyczeć, jednocześnie obserwując napastnika. Miała doskonałą pamięć i na podstawie jej zeznań stworzono manekina, wyglądem odpowiadającego Knychale.

Podczas wizji lokalnej - fot. materiały policji



Milicjanci ubrali go w kurtkę i czapkę zbliżone do tych, jakie nosił zabójca. Posługując się tym wzorcem wytypowali siedem tysięcy mężczyzn karanych uprzednio za czyny lubieżne, gwałty i zabójstwa, którzy by odpowiadali wizerunkowi. Był wśród nich i Joachim. Ale bytomski górnik miał mocne alibi – w czasie ataków był w pracy. Odbita karta, wpisany na listę obecności. Poza podejrzeniami. Dopiero po latach okaże się, że w te dni odbierał nadgodziny, a któryś z kolegów odbijał jego kartę.

Czas polowania


W tym czasie Joachimowi urodziła się córka. Poświęcił się rodzinie. Jednak wytrzymał tylko dwa lata. Zaatakował znowu w 1978 roku . Maria S. przeżyła, bo Joachim był pijany i na „akcję” zabrał tylko scyzoryk. Tym razem przebieg wydarzeń był jednak inny. Tę kobietę 48-letnią dozorczynię poznał podczas libacji alkoholowej. Nie była przypadkową ofiarą. Kobieta zaprosiła go do siebie do mieszkania. On jednak nie był zainteresowany współżyciem z żywą osobą i zamachnął się na nią ostrzem. Przerażona Maria prosiła o litość pokazała mu nawet śpiące w pokoju obok córki. Nie zdawała sobie sprawy, z konsekwencji.

„Szkoda, że nie miałem przy sobie siekiery – mówił podczas śledztwa Knychała – udało by się zabić aż trzy osoby jednego wieczoru.”...


24 czerwca pod Piekarami Śląskimi w przydrożnym rowie znaleziono nagie ciała dwóch dziewczynek. Były to zaginione dzień wcześniej 10-letnia Halina S. i 11-letnia Kasia W., uczennice piątek klasy szkoły podstawowej. Dzień wcześniej wybrały się rowerami na jagody, nie mając pojęcia, że spotkają na swojej drodze wampira. Podczas oględzin okazało się, że jedna z nich oddycha. Natychmiast trafiła do szpitala i udało się ją uratować. Śledczy bardzo liczyli na jej pomoc w złapaniu sprawcy, ale dziecko zapamiętało tylko milicjanta, który ją niósł do samochodu, a nie zabójcę. Nad tą sprawą pracowali inni funkcjonariusze, a z uwagi na brutalność ataku dostała ona kryptonim „Frankenstein". Nikt wtedy nie przypuszczał, że ataki na samotne kobiety w tramwaju numer 6 i ta zbrodnia są dziełem jednej osoby.

Jednak już wkrótce pętla na nim zaczęła się zaciskać. Milicja zauważyła, że kobiety są często atakowane w okolicach dworca kolejowego w Bytomiu. Zorganizowano prowokację. Tym razem Knychała zdołała się wywinąć. Ostatecznie zgubił go romans z młodziutką szwagierką – 17-letnią Bogusią L. Dziewczyna postawiła się Knychale. Wtedy on zaprosił ją na spacer, wywabił w ustronne miejsce i uderzył w głowę kilofem. Po wszystkim zaalarmował pogotowie i poinformował, że dziewczyna potknęła się i uderzyła w głowę. To tłumaczenie było bardzo mało wiarygodne. Ratownicy zawiadomili milicję. Knychała został zatrzymany. Podczas rewizji w jego domu znaleziono siekierę ze śladami zaschniętej krwi, a również kobiece ubrania jego ofiar…



W końcu „Frankenstein” przyznał się do zabójstwa sześciu kobiet. W swoich wspomnieniach winę zrzucił na tragiczne przeżycia swojego dzieciństwa:

„Początkowo, gdy wyszedłem na wolność, chciałem się zemścić na tej kobiecie, ale nienawiść ta zrodziła w mej osobie nienawiść do wszystkich kobiet i wszystkiego co z nimi związane. Na kobietach starałem się zemścić za wszystkie krzywdy, których doznałem we wcześniejszych latach, ciągle widziałem moją babkę, mój pierwszy wyrok i rzeczywistość dnia dzisiejszego wiecznie zakłamaną i obłudną.”


Został skazany na karę śmierci. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Został powieszony w wieku 33 lat, w 28 października 1985 roku w Krakowie. Przed śmiercią poprosił tylko o to, by móc porozmawiać ze swoją żoną. Nadal ją kochał i było mu wstyd, że dopuścił się takich czynów. Rodzinie pozwolono na zmianę nazwiska, dzięki czemu wyjechała ze Śląska i rozpoczęła nowe życie.

Najchętniej czytane