MASAKRA! CO AMERYKANIE ROBILI Z CZASZEK ZABITYCH JAPOŃSKICH ŻOŁNIERZY!

PAPIEROŚNICE, POJEMNIKI NA PRZYBORY DO PISANIA czy eleganckie ŚWIECZNIKI. Pomysłowość amerykańskich żołnierzy wydawało się nie mieć żadnych granic. Badacze szacują, że aż 60 procent zabitych żołnierzy japońskich zostało pozbawionych głów, żeby zaspokoić CHORE FANTAZJE żołnierzy US Army.

W połowie lat sześćdziesiątych, czyli ponad dwadzieścia lat po zakończeniu II wojny światowej ciała zabitych żołnierzy japońskich na Wyspach Mariańskich zostały w końcu ekshumowane i przewiezione do Japonii. Tam w końcu doczekały się tradycyjnego buddyjskiego pogrzebu. Kiedy członkowie ekip przeszukujących pola bitew zaczęli wykopywać ciała, odkryli makabryczną prawdę! Większość, niemal wszystkie, ciał było pozbawionych czaszek. Zostały odcięte od reszty ciała bezpośrednio po śmierci!

fot. Ralph Crane, Time & Life Pictures/Getty Images via Wikimedia CC/BY 3.0

Wiosną 1944 roku w magazynie “Life” ukazało się czarno-białe zdjęcie, które przedstawiało kobietę piszącą list do swojego narzeczonego służącego w marynarce wojennej na Pacyfiku Natalie Nickerson, pracownica fabryki z Phoenix ma zamyślony. Lekko rozmarzony wzrok i spogląda – na właśnie - na... czaszkę. Jak wyjaśniono w artykule tego bardzo poczytnego amerykańskiego czasopisma był to... prezent od narzeczonego - pamiątka z walk w Nowej Gwinei. Japoński jeniec – a przynajmniej jego część - trafił w ten sposób na amerykańskie biurko!

Dlaczego to robili?




Po japońskim ataku na Pearl Harbor ruszyła w Stanach na masową skalę prasowa propaganda, która miała na celu totalne zohydzenie wroga. Japończyków przedstawiano jako podludzi, jako dzikie zwierzęta, które nie są warte tego, by chodzić po tym świecie. W myśl prasowych komunikatów byli jak robactwo, które należałoby rozdeptać i zetrzeć z powierzchni świata.

Czy można się dziwić, że otrzymując taki „instruktaż” żołnierze podczas walk w Azji i na Pacyfiku nie byli skłonni odnosić się do swoich przeciwników z szacunkiem? Jednak to co wyprawiali z ciałami zabitych żołnierzy japońskich przechodziło ludzkie pojęcie.




Z kości wykonywali wymyślne nożyki do cięcia papieru, z czaszek nierzadko artystyczne pojemniki na przybory do pisania, oryginalne popielniczki czy pudełka na cygara albo wręcz wojenne totemy, które zawieszano pod sufitem w wojskowych namiotach.

Oczywiście „zdobytą” czaszkę należało najpierw starannie spreparować. Przede wszystkim wygotować przez kilka godzin w gorącej wodzie, tak by skóra łatwo odeszła i można było uzyskać idealna marmurową biel kości.

fot. wikimedia-commons domena publiczna

Proceder przybrał w pewnym momencie tak masową skalę, że zabieranie czaszek z pół bitew zostało oficjalnie zabronione przez władze wojskowe. Na nic to się jednak zdało. Interes podgrzewało wielkie zainteresowanie wojennymi „trofeami”, które płynęło z kraju, od członków rodzin, którzy pragnęli dostać kawałek „zdobycznego Japońca”

Żołnierze w listach do swoich rodzin pisali:

“myślałem, żeby wysłać tacie czaszkę Japońca” lub po prostu pytali o zamówienia: “Czy chcielibyście dostać japoński czerep?”

- możemy przeczytać w książce “Historia świata przez ścięte głowy opisana” kanadyjskie pisarki Frances Larson.

Zresztą czaszki – choć najbardziej cenione – nie były jedynymi liczącymi się „trofeami”. Masowo preparowano również żeby, małżowiny uszne, nosy i kości ramieniowe. Z tych artefaktów pieczołowicie produkowano wymyślną biżuterię, piękne kościane popielniczki czy nawet etui na okulary. Czaszki mogły służyć za tabakierki albo świecznik.

Piękne „suweniry”


Przydawały się też długie kości i żebra, na których pisano na przykład: “oto dobry Japoniec”. Obok pojawiały się jeszcze podpisy członków oddziału. Te dzieła nierzadko można było dostrzec nawet na biurkach wyższych oficerów armii amerykańskiej. Podwładni bowiem wręczali im te „wyszukane” prezenty, z pewnością by zaskarbić sobie łaski zwierzchników…

Takie trofea miały świadczyć o odwadze i dokonaniach żołnierza. Na zdobyczach z pokonanych wrogów można było też zarobić. Ci, którzy nie zdążyli zebrać fantów, przerabiali drewniane skrzynki po pomarańczach na fałszywe japońskie nieśmiertelniki. Z kolei z prześcieradeł tworzyli małe japońskie flagi. Takie gadżety sprzedawane były potem w Stanach Zjednoczonych.

Oczywiście częściowym wyjaśnieniem tego makabrycznego zjawiska była po prostu nuda, która zmuszała żołnierzy, zwłaszcza tych z manualnymi uzdolnieniami do poszukiwania sobie zajęć, którymi mogliby wypełnić długie wieczory służby na Pacyfiku…

W końcu doszło do tego, że te specyficzne trofeum trafiło do samego Prezydenta USA. W roku 1944 roku amerykański kongresmen Francis E. Walter sprezentował Franklinowi Delano Rooseveltowi piękny kościany nożyk do przecinania papieru zrobiony… z kości ramieniowej japońskiego żołnierza.



Wieść o tym wywołała wybuch wściekłości w Japonii i wzrost nastrojów anty-amerykańskich. Ostatecznie Roosevelt oddał nożyk i nakazał pochowanie go z należnymi honorami w japońskiej ziemi. Reszty ciała nieszczęśnika jednak nigdy nie zidentyfikowano….

Przez wiele lat po wojnie Amerykanie masowo odsyłali kościane „pamiątki” do Japonii. Tam były starannie chowane z zachowaniem prawideł tradycyjnego buddyjskiego pochówku. Do dziś pewnie w wielu amerykańskich domach można znaleźć takie "pamiątki...

Bibliografia:
Frances Larson Historia świata przez ścięte głowy opisana, Bellona 2017

Najchętniej czytane