NIESAMOWITE! Kim był ostatni polski KAT?

Skazany został wprowadzony do niedużej sali. Pomocnik kata założył mu OPASKĘ zasłaniającą oczy. W tym momencie do celi wszedł KAT. Nałożył więźniowi PĘTLE NA SZYJĘ, która umocowana był do dużego żelaznego HAKA w suficie. Chwilę później dał się słyszeć cichy dźwięk zwalnianej zapadni. Nogi skazanego wpadły do otworu w podłodze, a sznur szarpnął mocno jego szyją, RWĄC KRĘGI SZYJNE. Ciałem wstrząsnęły przedśmiertne drgawki. Minutę później zwiotczało i bezwładnie zawisło na sznurze.

Po tym wszystkim kat zrobił to co zwykle w takich sytuacjach. Poszedł na dużą wódkę. Kim był jednak ostatni polski egzekutor?

Dzień dobry, jestem katem


Historię człowieka, który wykonał ostatni wyrok śmierci w PRL opowiada Jerzy Andrzejczak, autor książki "Spowiedź polskiego kata".

- Co jest w skórze ludzkiego kata? - pytał Jerzy Andrzejczak ostatniego polskiego egzekutora. - Normalny człowiek - usłyszał. - Czy pan jest jeszcze normalny? - ciągnął dziennikarz. - Zawsze byłem i nadal jestem - odpowiadał spokojnie. - Czy normalny człowiek może zabijać ludzi jak rzeźnik świnie? - dopytywał z niedowierzaniem. - Nigdy nie byłem ludzkim rzeźnikiem! Kto miał wykonywać wyroki sądowe i wieszać skazańców? - odpowiadał.


 

Jak to zwykle w życiu bywa, anonimowy strażnik służby więziennej katem został przez przypadek. Gdy był jeszcze w wojsku, dostał rozkaz wstąpienia do plutonu egzekucyjnego. Jak się okazało, już po kilku dniach musiał wykonać wyrok na jednym z oficerów. Po zakończeniu służby wojskowej rozpoczął pracę w służbie więziennej.

fot. wikimedia-commons domena publiczna

Kiedy władze więzienne poszukiwały osoby, która podjęłaby się niewdzięcznej roli kata, wybór wydawał się prosty. Bez dłuższego zastanawiania się zaproponowano mu funkcję egzekutora. Szkolenie kata trwało aż sześć miesięcy. Przyszły państwowy "morderca" musiał odbyć wykłady z biologii, fizyki, prawa i etyki. Potem przeszedł jeszcze praktyki. W asyście bardziej doświadczonych kolegów, przyglądał się, w jaki sposób obywa się godzinna procedura zabijania.

Swoją pierwszą egzekucję pamięta najlepiej.

- Był to morderca, który pozbawił życia żonę i dziecko. Nazwiska już nie pamiętam. Skazaniec zaskoczył mnie tym, że podczas wykonywania wyroku zachowywał się spokojnie i godnie. To zimne, honorowe podejście wyryło się w mojej pamięci - wyznaje Andrzejczakowi.

Mimo, że ostatni polski kat nie wstydzi się swojej pracy, to jednak w rozmowie z dziennikarzem, nie chciał ujawnić swojego nazwiska. Chyba nie można się temu dziwić. Kiedyś kat nie mógł nawet mieszkać w mieście, drzwi jego domu malowano na czerwono, a jego żoną była zazwyczaj prostytutka, trucicielka lub kobieta, która zajmowała się czarną magią.

czytaj dalej


Także w czasach PRL kat był tajemniczy i niewidzialny. O jego profesji nie wiedziała nawet własna żona.


Nie zamierzam zdradzić żadnej wielkiej tajemnicy państwowej. Będzie je można ujawnić dopiero po pięćdziesięciu latach. Na szczęście nie dożyję tego momentu



Co myśli skazany?


Jak zachowują się więźniowie skazani na karę śmierci. Ich los nie jest godny pozazdroszczenia.

- Człowiek, który czeka na kata, cieszy się z każdej godziny życia(...). Każdej nocy przeżywa się męczarnię niepewności, co powoduje bezsenność, brak apetytu, apatię – mówił Andrzejczakowi jeden ze skazanych oczekujących na egzekucję

Na karę śmierci w PRL skazywano m. in. za zdradę ojczyzny, szpiegostwo, zamachy terrorystyczne czy kierowanie wielką aferą gospodarczą. Najwięcej wyroków zapadło jednak w sprawach o zabójstwo. Na stryczku zawiśli tacy polscy seryjni mordercy, jak Karol Kot, Bogdan Arnold, Jan Marchwicki, Paweł Tuchlin czy Kazimierz Polus. Każdy z nich obciążony śmiercią niewinnych. W celi sami czekali na własne zabójstwo. Oczywiście nie wiedzieli, kiedy zostaną straceni. Umierali codziennie... ze strachu.
Cela śmierci - fot. wikimedia-commons domena publiczna

Kat o egzekucji dowiadywał się... z telegramu. Zaszyfrowana wiadomość była niezbędna do otrzymania legitymacji Ministerstwa Sprawiedliwości oraz pozwolenia na delegację. Wszystko było tajne, więc dane osobowe na dokumentach też były nieprawdziwe. Nazwisko, data urodzenia, miejsce urodzenia czy adres - wszystko sfałszowano, by nikt nie mógł poznać tożsamości kata.

Oprawca z tymi dokumentami jechał na miejsce egzekucji. Podróż przemierzał swoim polonezem. Żonie mówił, że jedzie w delegację lub przetransportować więźnia. Wierzyła. On udawał się do aresztów w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Łodzi lub Gdańsku - bo w tych miastach były cele do wykonywania najcięższych wyroków. Tam zgłaszał się do naczelnika aresztu śledczego i rozpoczynał rytuał wykonywania kary.

- Pobyt w areszcie śledczym rozpoczynałem od wypicia mocnej kawy w gabinecie naczelnika. Potem udawałem się do celi i zapoznawałem z miejscem egzekucji. Sprawdzałem funkcjonowanie zapadni, dźwigni, zakładałem sznur z pętlą. Później zapoznawałem się z dokumentami sądowymi, uzasadniającymi wyrok - wspomina ostatni polski kat.

Kat nie zastanawiał się, jak się czuje skazany. Miał do wykonania zadanie. Był ludzką maszyną do zabijania. W ciągu 13 lat swojej pracy zdążył się przyzwyczaić do potwornych egzekucji. Nie wie, ile osób pozbawił życia. Niewiele egzekucji wyryło się na trwałe w jego pamięci, bo każda z nich wyglądała niemal tak samo. Scenariusz każdej minuty był podobny.

czytaj dalej


Wiezień wyprowadzony z celi nie był informowany, że nadszedł "ten" czas. Strażnicy mówili, że zabierają go na spacer lub widzenie z bratem. Skazanych nie trzeba było jednak okłamywać. Oni wiedzieli, że idą na ostatnie spotkanie w życiu. Spotkanie z katem. Odczuwali to też współwięźniowie. Okrzyki, słowa otuchy, albo zwykłe milczenie i wymowny wzrok towarzyszyły ostatniej drodze do celi, w której wykonywało się wyroki.

Spotkanie z katem


Warszawska cela śmierci znajdowała się w piwnicach budynku Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zajmowała niewielką powierzchnię, około 20 metrów kwadratowych. Jednak miejsce to wcale nie było przytulne. Czarne kafelki na podłodze, białe ściany, masywne drzwi, a na środku... szubienica. Pod nią "studnia" - czyli zapadnia, o półtorametrowej głębokości. W górze, przyczepiony na haku sznur, zakończony pętlą.
Brama aresztu śledczego na warszawskim Służewcu 
- tu przebywali więźniowie skazani na śmierć - fot. wikipedia.org

 

Przerażony więzień w spokoju lub częściej z krzykiem i rozpaczą wchodził do tego mrocznego pomieszczenia. Na miejscu czekał stały skład "sądu ostatecznego": naczelnik aresztu śledczego, prokurator, lekarz i... wykonawcy kary.


- Przy każdej egzekucji było dwóch katów. Zawsze miałem przy sobie pomocnika, który asystował przy wykonywaniu wyroku. Mój pomocnik zakładał skazańcowi opaskę na oczy. Do moich obowiązków należało założenie pętli i zwolnienie dźwigni zapadni - wspominał kat.


 

Nadchodził moment naciągnięcia kołowrotka i zwolnienia dźwigni. Rola ta należała do kata. Potem były jęki, szamotaniny, głośny oddech, który z każdą chwilą ustawał. W końcu zanikały też mimowolne drgania ciała i nie było słychać już niczego....

- Stałem nieruchomo i obserwowałem konanie skazańca na sznurze - wspomina kat. I tak przez około 20 minut wszyscy trwali w ciszy, aż do momentu, w którym lekarz stwierdził zgon. Później zmarłemu zdejmowano opaskę z oczu i kajdanki. Zwłoki przenoszone były do trumny. Pogrzeb organizowała rodzina. Jeśli się wyparła skazanego, organizowano mu skromny pochówek na koszt państwa.

Kat idzie na wódkę


Ostatnich formalności dopełniał również kat. Wypełniał dokumentację i wychodził z aresztu. Co robił, tuż po odebraniu życia człowiekowi?

- Samotnie szedłem na dużą wódkę. W lokalu spędzałem około dwóch godzin, wypijałem kilka "setek" i wracałem do hotelu. Następnego dnia wracałem do Warszawy. Moja służbowa delegacja kończyła się w momencie oddania legitymacji w Centralnym Zarządzie Zakładów Karnych - opowiadał ostatni polski kat.


 

czytaj dalej


W Polsce ostatni ostatni wyrok pozbawienia życia wydał Sąd Wojewódzki w Elblągu. Na śmierć skazano wtedy 33-letniego Zbigniewa B. Tego wyroku już jednak nie wykonano. Ostatni raz pętle naszyje skazańcy założono dużo wcześniej, bo 21 kwietnia 1988 w krakowskim więzieniu przy ul. Montelupich. Za gwałt i zabójstwo stracono wtedy 29-letniego Stanisława Czabańskiego.

Od 1995 roku w Polsce obowiązuje moratorium na wykonywanie tej kary. W nowym kodeksie karnym z 1997 roku ostatecznie zniesiono je, a wyroki zastąpiono 25-letnim lub dożywotnim pozbawieniem wolności.

Najchętniej czytane