Czy Polska mogła być morską potęgą? Chciał tego jeden człowiek...

W długiej historii Rzeczpospolitej nadarzały się dogodne momenty, aby podjąć próbę zbudowania naszej potęgi na Morzu Bałtyckim. Jednym z władców, który rozumiał kwestię silnej obecności królestwa w basenie Bałtyku i próbował zbudować polską potęgę morską był przewidujący Władysław IV Waza. Czy aby jednak owe wysiłki w tym celu nie zostały podjęte nieco za późno? A może władcy brakowało cierpliwości w tej kwestii?

Chociaż 58 artykuł zaprzysiężonych przez nowego króla Władysława IV paktów konwentów zapowiadał przysposobienie floty wojennej „wedle potrzeby Rzeczypospolitej”, zapowiedź ta nie od razu została zrealizowana. Zagadnienie floty wojennej poruszone było już na sejmie konwokacyjnym, ale chodziło tu o zbadanie sprawy floty utraconej w Wismarze, a nie wystawienie nowej floty. Przyznać trzeba, że Władysław IV przejawiał początkowo duże zainteresowanie krętami utraconymi za panowania swego ojca w Wismarze, Travemunde i jeszcze wcześniej w Lubece, a kto wie, czy i nie w Danii, ale skończyło się ono dość wcześnie po bezowocnych staraniach wysyłanych na Zachód posłów i faktorów królewskich oraz wymianie równie bezskutecznej korespondencji. Także i ostatnia okazja, jaka nadarzyła się podczas rokowań rozejmowych w Sztumskiej Wsi, została dość łatwo zaprzepaszczona. Dla sprawiedliwości dodać jednak trzeba, że szanse odzyskania okrętów zabranych przez Szwedów nie były zbyt wielkie, a zresztą król już przedtem powziął decyzję utworzenia nowej floty i w tym celu powołał do życia instytucję komisarzy okrętowych.

 
Władysław IV Waza zdawał sobie doskonale sprawę 
z potrzeby umocnienia polskiej obecności na Bałtyku
fot. Wikipedia

 

Energiczne początki 


Na czele komisarzy stanął bliski współpracownik króla, uczestnik walk w obronie ujścia Wisły w latach 1626-1629, starosta kościerzyński Gerard Denhoff, pozostałymi członkami komisji zostali – obok dworzanina królewskiego Zygmunta Guldensterna – sami gdańszczanie, wśród nich dwaj byli komisarze okrętowi  Zygmunta III: Herman von der Becke i Krystian Stroband. Najczynniejszym wszakże  komisarzem okazał się człowiek, który walnie przyczynił się do utworzenia floty: kupiec i armator gdański Jerzy Hewel. Hewel  już od  szeregu lat pozostawał w stosunkach z dworem królewskim, a obecnie Władysław IV zawarł z nim ugodę, na mocy której Hewel  oddał do dyspozycji króla dziesięć swych statków handlowych, przy czym jednostki te, aczkolwiek uchodziły za królewskie, pozostały na razie własności Hewla.

czytaj dalej


Pierwszą czynnością było przysposobienie statków do celów wojennych, przede wszystkim przez ustawienie na nich artylerii, co w pewnej mierze wykonał jeszcze Hewel przed przekazaniem floty. Ponadto zamyślano budowę nowych jednostek częściowo w Gdańsku, a częściowo w Pucku i rozpoczęto budowę dużego okrętu admiralskiego. Ponieważ jednak realizacja tych zamysłów z natury rzeczy zakrojona musiała być na kilka lat, Władysław powziął plan zakupienia kilku okrętów za granicą. Skończyło się jednak na kupnie zaledwie jednego okrętu w Danii.

Ostatecznie w skład floty weszło dziesięć okrętów o nazwach „Słońce”, „Czarny Orzeł”, „Prorok Samuel”, „Nowy Czarny Orzeł”, „Biały Orzeł”, „Charitas”, „Gwiazda”, „Myśliwiec”, „Fortuna” (alias „Św. Piotr”) i „Mały Biały Orzeł” oraz galera o nieznanej nazwie. Dowódcą floty był Henryk Wolbryg. Admirała król nigdy nie mianował, być może rezerwował to stanowisko dla Krzysztofa Arciszewskiego, którego dwukrotnie bezskutecznie wzywał do powrotu do kraju w pierwszych latach swego panowania, a który powrócił niestety dopiero wtedy, gdy flota polska już przestała egzystować.

Przystępując do tworzenia floty król nie zapomniał o ufortyfikowaniu wybrzeża i o zapewnieniu flocie odpowiednich baz, bowiem korzystanie z Wisłoujścia utrudnione było przez niechętne stanowisko Gdańska, zaś port w Pucku był za płytki dla dużych okrętów. Po dokładnym zbadaniu Zatoki Gdańskiej i Półwyspu Helskiego przez swych inżynierów i fortyfikatorów – Fryderyka Getkanta, Jana Pleintera i Eliasza Arciszewskiego – Władysław IV zaaprobował przedstawiony przez Plentera projekt zbudowania dwu nowych ufortyfikowanych portów na Półwyspie Helskim. Jeden z nich na cześć króla nazwano Władysławowem, drugi na cześć jego brata Kazimierzowem.

Wielka polityka „utopiła” ambitne plany


Działalność floty Władysława IV była, niestety, krótkotrwała i sukcesów Rzeczypospolitej nie przysporzyła. Nie udawało się Władysławowi IV wejść w aliansy zagraniczne, które by sprzyjały rozwojowi polskiej floty. Początkowo życzliwe stosunki z Chrystianem IV duńskim rychło uległy ochłodzeniu, a nawet przerodziły się później w zdecydowanie złe. Również niepowodzeniem zakończył się plan polsko-moskiewskiego aliansu morskiego, przedstawiony podczas rokowań pokojowych w Polanowie w 1634 r. Sprawa polskiego władztwa morskiego zbyt możnych miała nieprzyjaciół za granicą (Szwecja, Dania, poniekąd także Holandia) i w kraju (Gdańsk, elektor pruski), a zbyt słabe poparcie ze strony warstw rządzących w Polsce, aby mogła rozwijać się pomyślnie.

Już od samego początku komisarze okrętowi Władysława IV musieli się borykać z przeszkodami trudnymi do przezwyciężenia. Najpierw Szwecja utrudniała tworzenie floty i w trakcie samych rokowań pokojowych w Sztumskiej Wsi zagarnęła w Gdańsku jeden z polskich okrętów („Czarny Orzeł”) i wydała go dopiero po ostatecznym podpisaniu układów. Niepowodzeniem, o czym już wspomniano, zakończyła się próba powiększenia floty drogą zakupów za granicą. Król więc zakupił okręty od Hewla, wydając na ich kupno, przerobienie i uzbrojenie oraz żołd dla załóg ogromną jak na owe czasy kwotę blisko 700 000 złp. Kwoty tej sejm nie chciał jednak królowi zwrócić, aczkolwiek kroki króla w kierunku tworzenia floty zostały uznane za słuszne. Nie zrażony brakiem skuteczniejszego poparcia Władysław powziął myśl czerpania konkretnych korzyści materialnych z użytkowania morza i w tym celu poczynił starania w dwu kierunkach. Po pierwsze – bezużyteczne, w jego mniemaniu, po zawarciu rozejmu w Sztumskiej Wsi okręty wojenne kazał rozbroić i na powrót wyzyskać je jako statki handlowe: przy ich pomocy postanowił uprawiać handel morski z krajami tak odległymi, jak Hiszpania i Portugalia. Po drugie – zamierzał pobierać w podległych sobie portach cła morskie.

czytaj też: Gilgamesz – starożytny superman ratuje ludzkość przed zagładą!

Realizacja obu tych projektów nie przebiegała jednak po myśli Władysława IV i zakończyła się niepowodzeniem. W pierwszym wypadku przyczyn było kilka: brak większych funduszy umożliwiających swobodne prowadzenie „przedsiębiorstwa żeglugowego”, w jakie przerodziła się impreza królewska, dalej brak oparcia statków kupieckich we flocie wojennej, która by mogła zapewnić im bezpieczeństwo żeglugi w razie zaatakowania przez obce okręty wojenne lub kaperskie (w taki sposób stracone zostały dwa statki), ponadto nieszczęśliwe wypadki w postaci awarii, a nawet zatonięcia, które – wliczając poprzednie straty – zredukowały stan floty do połowy, wreszcie w październiku 1640 r. śmierć Hewla, który był kierownikiem i duszą przedsięwzięcia. W trzech następujących po jego śmierci latach pozostałe statki polskie sprzedane zostały przeważnie w Holandii i flota polska przestała istnieć. Sprawę pobierania ceł morskich postawił król najpierw w roku 1635, początkowo przez swych komisarzy rozejmowych w trakcie rokowań w Sztumskiej Wsi, później bezpośrednim pismem skierowanym do gdańskiej Rady Miejskiej. Ostatecznie jednak gdańszczanie zdołali za cenę 800 000 złp wytargować odstąpienie króla od zamiaru pobierania ceł morskich, zaś za połowę tej kwoty zgodził się król na podobną rezygnację z ceł w portach Prus Książęcych.

czytaj dalej


 
Władze Gdańska ustawicznie przeszkadzały 
w próbach umocnienia się Rzeczpospolitej na morzu
fot. Wikipedia

 

Zaprzepaściliśmy największą szansę w historii?


W dwa lata później wystąpił jednak król ponownie z zamiarem pobierania ceł w Gdańsku, Piławie i Królewcu, naznaczył poborcami dawnych szwedzkich poborców i kaprów – Spiryngów – i nakazał im pełnienie czynności. Napotkali oni jednak opór i w Gdańsku. I w Piławie, gdzie okręt Spirynga przyjęty został ogniem przez okręt elektora, niebawem zaś na redzie gdańskiej pojawiła się flota duńska (gdyż Dania twierdziła, że pobieranie przez Polskę ceł jest naruszeniem ceł sundzkich) i rozbiła okręty Spriryngów. Odtąd też przez kilka lat eskadra duńska pojawiała się przed Gdańskiem celem uniemożliwienia Polsce ponownej próby pobierania ceł.

czytaj też: Polacy postrachem walecznych Wikingów – kto rządził Bałtykiem w średniowieczu?

Około roku 1643, jak już wspomniano, nastąpiła również likwidacja królewskiego przedsięwzięcia handlu morskiego i Władysław IV powoli przestał objawiać inicjatywę w sprawach floty. Teraz już tylko szańce we Władysławowie i Kazimierzowie, w których po dawnemu czuwali żołnierze pułkownika Jakuba Weyhera, były świadectwem daleko kiedyś idących, ale niestety nie zrealizowanych planów Władysława IV. Później jednak brak funduszy na utrzymanie szańców i wypłatę żołdu ich załogom doprowadził do zniweczenia również i tego dzieła królewskiego. O polskim „dominium maris” bez floty i fortyfikacji nie mogło absolutnie już być mowy. Jedynie Jakub Weyher na czele swych na powrót teraz w Pucku stacjonujących żołnierzy, podobnie jak kiedyś jego dziad Ernest i ojciec Jan, nadal wytrwale pełnił niewdzięczną służbę strażnika i obrońcy polskiego wybrzeża.

Źródła: Józef Wójcicki – „Dzieje Polski nad Bałtykiem”; Andrzej Nowak – „Dzieje Polski”; Wikipedia,

Najchętniej czytane