WCZASY W PRL. TO DOPIERO BYŁA PRZYGODA!

Wczasy w PRL-u? Dla sympatycznej pani Krysi „pucio-pucio”. Któż z nas nie pamięta słów do tej piosenki Wojciecha Młynarskiego? Panna Krysia z turnusu trzeciego przebywała wówczas zapewne na wczasach pracowniczych. Tam poznała równie sympatycznego pana Waldka. I tak się zaczęło…

 

Ośrodki wczasowe w latach 70-tych ubiegłego wieku wyrastały jak grzyby po deszczu. To w nich spędzano zazwyczaj dwa tygodnie pracowniczej laby – nowość w powojennej Polsce. Typowy ośrodek składał się zazwyczaj z recepcji oraz kilku lub kilkunastu domków. Wszystkie wyglądały podobnie: drewniane, obite często zwykłą płytą paździerzową, która po kilku latach odchodziła od ściany.

Wakacje pod namiotem - to było TO! - fot. wikimedia-commons domena publiczna

W środku próżno było szukać wygód. Zazwyczaj dwa lub cztery łóżka, umywalka, miska, stół, kilka szafek i krzeseł. W oknach nie zawsze były zasłony. Czasami musiała wystarczyć zwykła firanka. W niektórych ośrodkach – zamiast domków – stały wagony kolejowe. Miały wydzielone sypialnie, kuchnie i sanitariaty. Wagony stały na bocznicach kolejowych, z dala od najbliższego miasteczka. Były dość wygodne.

O łazience w typowym domku można było tylko pomarzyć


Wspólna toaleta mieściła się na terenie ośrodka. Łatwo było ją znaleźć, zapach chloru – najbardziej popularnego środka dezynfekującego – czuć było z daleka. Ciepła woda – owszem – rano i wieczorem. Ubikacja to najczęściej dziura w betonowej posadzce i spłuczka zawieszona wysoko u góry, a z niej zwisał długi, brudny sznurek albo łańcuszek. Zamiast papieru toaletowego – wycięte skrawki gazety. Pod prysznicem stało się najczęściej na drewnianych podestach, które z kolei były śliskie i łatwo się było wywrócić.

Nikt jednak nie narzekał na spartańskie warunki


- Mój zakład miał swoje domki na Mazurach – koło Lidzbarka Welskiego – mówi Antoni Szymczak. – Pięknie położony, koło lasu. Domki były rzeczywiście skromnie wyposażone, ale jak była pogoda, to głównie siedzieliśmy na świeżym powietrzu. Gorzej, jak padało. Wtedy siedziało się albo w świetlicy, albo imprezowaliśmy u kogoś w domku. Wczasy w PRL-u były wesołe. Człowiek był młody, nie miał specjalnych wymagań. Pamiętam, że jednak największym problemem był dojazd na te Mazury. Pociąg wlókł się całą noc, zdarzało się, że niektórzy spędzali całą podróż w toalecie, bo taki był ścisk. Każdy jednak był pozytywnie nastawiony na taki wyjazd. Ludzie w ośrodku szybko się integrowali, rozmawiali ze sobą. Było jak w rodzinie. Niektórzy z nostalgią wspominają również kultowe stołówki, w których serwowano całodzienne wyżywienie.

Na plaży łatwo było zawrzeć nowe znajomości

- To stołówka wyznaczała rytm dnia – mówi Anna Socha, która w PRL-u wielokrotnie wypoczywała w zakładowych ośrodkach. – Rano trzeba było wstać na śniadanie, potem nie spóźnić się na obiad i kolację. Jedzenie było bardzo smaczne. Może poza zupą owocową, która nie cieszyła się powodzeniem. Ale była i zapomniana już dziś mortadela, łazanki, a do picia nieśmiertelny kompot. Dobre też były kluski z serem polane skwarkami.



W latach 80., kiedy wprowadzono kartki na żywność, na skierowaniu było zastrzeżone, że owe kartki należy oddać w ośrodku. Zamiast szukania Pokemonów czy ślęczenia na plaży ze smartfonem w ręku – na potęgę grało się wówczas w karty: w „tysiąca”, „durnia”, „wojnę”, „remika”, zwanego też „remibrydżem”, „makao” „oczko” czy „cygana”.

Wieczorami można było też usłyszeć licytacje podczas gry w brydża. O polityce raczej się nie rozmawiało. Jeśli już – to opowiadanie dowcipów politycznych. Tutaj jednak trzeba było być czujnym. Zbyt odważny żart mógł skutkować potem nieprzyjemnościami w pracy. Tak jak dzisiaj – wielu woli nie wypowiadać się o obsesjach Macierewicza, bo nie wiadomo kto to usłyszy…

Obowiązkowym punktem pierwszego dnia wczasów był oczywiście „wieczorek zapoznawczy”


Prowadził go odpowiedzialny za „rozrywkę” kaowiec, który generalnie odpowiadał za organizację czasu wolnego wczasowiczów. Młodsi Czytelnicy, którzy znają tę funkcję tylko ze słyszenia, powinni obejrzeć „Rejs” Marka Piwowskiego, gdzie właśnie kaowiec jest jedną z barwnych postaci. Taki wieczorek kończył się najczęściej ogólną pijatyką, po której następnego dnia nikomu – z powodu kaca – nie dopisywał apetyt.

Plusem było to, że wielu wczasowiczów było już nazajutrz po imieniu i panowała iście rodzinna atmosfera. Na śniadaniu pojawiały się też pierwsze pary po nieprzespanej, ale upojnej nocy.

Wśród wczasowiczów z lat 70. krążyła anegdota o jednym z kaowców o imieniu Franek, który przez wiele lat kradł z ośrodka sztućce. Kiedy wreszcie nakryła go milicja, tłumaczył się, że jest to prezent ślubny, a wygrawerowane napisy na sztućcach FWP oznaczają „Frankowi Weselny Prezent”. O przydziale skierowania na wczasy decydowała rada zakładowa.



W praktyce decydujący głos miał i tak dyrektor zakładu lub sekretarz partii. I na tym polega różnica: dziś na atrakcyjne wczasy trzeba mieć pieniądze, kiedyś – znajomości. Wyjazd na dwutygodniowe wczasy nie był dużym obciążeniem dla domowego budżetu. Cena była zależna od zarobków pracownika. Część dopłacał zakład pracy.
Cena jednego skierowania dla górnika na dwutygodniowe wczasy, np. nad morzem wynosiła około 15 proc. miesięcznej pensji

Poza sezonem można było wyjechać za 20 proc. wakacyjnej ceny. Każdy pracownik mógł w praktyce co dwa lata starać się o skierowanie na wczasy. Ośrodki zakładowe powstawały najczęściej w znanych kurortach i miejscowościach wypoczynkowych. Ale nie zawsze. Zdarzało się, że domki kempingowe stawiano na zupełnym odludziu. Takie ośrodki wczasowe nie cieszyły się jednak zbytnim uznaniem. Trzeba jednak przyznać, że główny organizator takiego wypoczynku – Fundusz Wczasów Pracowniczych organizował pobyt w najróżniejszych zakątkach kraju i o różnorodnym charakterze. Wczasy w PRL-u były stacjonarne, wędrowne, lecznicze, sanatoryjne.

Wczasy za granicą


Najbardziej zasłużeni pracownicy mogli liczyć na wczasy za granicą. W grę wchodziła najczęściej Bułgaria, Węgry, była Jugosławia. W ofercie Funduszu Wczasów Pracowniczych były też wyjazdy do Jałty lub na Krym. Dojazd – we własny zakresie. Często swoim samochodem. Nikogo nie dziwił widok malucha zapakowanego po dach, który z trudem wspinał się na bałkańskie szczyty. Dziwił z kolei widok takiego malucha, który ciągnął za sobą dodatkowo przyczepkę kempingową N126 (nazwa pochodzi od fiata 126p, do którego była początkowo przeznaczona).

Przed wyjazdem trzeba było dobrze opracować marszrutę... - fot. wikimedia-commons

 



Zdarzało się, że taki „skład” dojeżdżał do połowy góry i dalej maluch się „buntował” i trzeba było szukać innej drogi. Nie lada wyzwaniem była też podróż poczciwą syrenką. Jej właściciele byli jednak dobrze przygotowani do drogi: z części zamiennych, które zabierali ze sobą można było złożyć drugi silnik. Wczasy za granicą były oczywiście droższe od krajowych, ale wielu rodakom taki wyjazd wychodził za darmo. Ba, niektórzy nawet na tym zarabiali. Było to możliwe dzięki  temu, że rynek w krajach socjalistycznych permanentnie odczuwał deficyt niektórych towarów. I my, Polacy ten ich deficyt zmniejszaliśmy, wywożąc i potem z dużym zyskiem sprzedając np. kryształy, kremy Nivea, perfumy, tabletki Biseptol, papierosy Kent, koszyki wiklinowe.

Najchętniej czytane