Wielka ucieczka z Sybiru. Niezwykłe życie Wincentego Migurskiego

Polacy zsyłani na Sybir w XIX wieku byli często znakomitymi organizatorami, pasjonatami nauki, świetnymi oficerami, organizatorami życia społecznego, wielkimi budowniczymi. Przypadek Wincentego Migurskiego był inny.

Nie był on bowiem wybitnym naukowcem. Nie przysłużył się ojczyźnie jako dowódca, polityk, konspirator. Owszem był szczerym patriotą, dobrym żołnierzem, ale pozornie zwykłym facetem. Trudno uwierzyć, że jego osoba mogła być jakimś poważnym zagrożeniem dla władzy okupanta.

A jednak spotkało go, a także jego najbliższych, tak niewyobrażalne pasmo cierpień, okrucieństwa, jakiegoś nieludzkiego pastwienia się nad tym Bogu ducha winnym człowiekiem, że dziś aż trudno w to uwierzyć. Jeszcze trudniej zrozumieć, że nad jego losem pochylał się osobiście sam car-samodzierżca, wielki Mikołaj pierwszy tego imienia z rodu Romanowych przez trzy wieki władających bezkresnym imperium. I właśnie on sam z jakimś sadystycznym uporem odmawiał łaski jemu, jego żonie i malutkim dzieciom. Na koniec czynił to już wbrew woli jego własnych poddanych, którzy głośno domagali się litości dla skazanych.
O tym jak niesamowite były perypetie rodziny Migurskich świadczy najlepiej fragment wstępu do pamiętników pisanych po latach przez samego bohatera:

W czasie konania na moich rękach drogiej mej żony w Nerczyńsku, postanowiłem jej życie objawić światu, co też z tym większą dopełniam skwapliwością, że jej miłość i poświęcenie się, dotąd w idealnych tylko romansach znane, posłużyć mogą jako wzór dla Polek.
Po napisaniu tego rękopisu, czytałem go niektórym moim znajomym: Słuchano mnie, dziwiono się, płakano i na koniec powiedziano, że gdyby mnie nie znano, nie wierzono by w te brednie.


Urodził się 28 lutego 1805 roku w Linowie (obecnie powiat sandomierski). Pochodził z zamożnej rodziny szlacheckiej, jego matka była współwłaścicielką dużego majątku ziemskiego, ojciec dzierżawił kilka wsi w powiecie sandomierskim. Ukończył liceum w Kielcach. Po wybuchu powstania listopadowego służył w 4. Pułku Piechoty Liniowej. W batalionie słynnych „Czwartaków”. Była to najlepsza, elitarna jednostka Wojska Polskiego doby Powstania Listopadowego. Dosłużył stopnia podchorążego.

Także jego trzej bracia służyli w Wojsku Polskim. Po upadku insurekcji, wraz ze swym dowódcą, generałem Rybińskim, przekroczył granicę pruską. Internowano go z towarzyszami broni i osadzono w obozach: najpierw w Malborku, później w Elblągu. W końcu drogą morską na podstawie konwencji francusko-pruskiej dostał się drogą morską do Francji. Ostatecznie wraz z innymi polskimi weteranami trafił do Besancon. Spędził tam kilka lat, ale życie emigranta na wygnaniu nie było dla niego. Dyszał żądzą czynu i marzył o powrocie do Ojczyzny.

Znowu w Polsce


Okazja trafiła się już wkrótce. Wiosną 1832 roku pułkownik Józef Zaliwski, w czasie powstania bliski współpracownik Piotra Wysockiego szuka wśród emigrantów w Besancon – w Besankonie jak mawiali osiadli tam Polacy - chętnych do objęcia misji emisariuszy gotowych do rozniecenia kolejnej fali buntu w Królestwie Polskim. Migurski zgłasza się bez wahania. Nareszcie jakaś okazja do czynu, do powrotu do Polski, w dodatku z bronią w ręku.

Zaliwski liczył, że przeniknięcie na ziemie zaboru rosyjskiego oddziałów powstańczych, każdy w sile 50 ludzi, przy jednoczesnym rzuceniu haseł dotyczących reform gospodarczych, uwłaszczenia chłopów, sprowokuje wybuch powstania, wspartego przez lud. Chciał, aby jego oddziały przeniknęły na cały obszar zaboru aż po Dniepr. Ruch Zaliwskiego przygotowywany był w porozumieniu z karbonariuszami w Europie Zachodniej, którzy mieli wywołać rewolucję.


Albina Migurska - podążyła za mężem na zesłanie -
fot. wikimedia-commons domena publiczna

Oczekiwano wybuchu wojny pomiędzy Imperium Rosyjskim a Wielką Brytanią, Francją i Turcją, co pozwoliłoby podnieść sprawę polską na arenie międzynarodowej. Polscy weterani przerażeni byli dodatkowo pogłoskami jakoby rząd francuski odesłać ich planował do służby we świeżo zdobytym Algierze.

czytaj też: Przykuty do taczki – katorżnicze losy Piotra Wysockiego

Pomysł kolejnego zrywu zwalczany jest jednak przez większość emigrantów. Wrogo do tego pomysłu odnosi się książę Adam Czartoryski, poparcia odmawia również wpływowy Komitet Dwernickiego. Na koniec odwracają się nawet międzynarodowi karbonariusze. Nikt nie widzi szans na walkę z całą potęgą caratu. To straceńcza misja…

czytaj dalej

Organizacyjny bałagan


Mają racje. Konspiracja jest słabo zorganizowana. Taktyka Zaliwskiego polegała na wprowadzeniu do Królestwa "pierwiastkowych oddziałów", a potem zbrojne masy ludowe miały prowadzić wojnę totalną. Królestwo podzielono na 18 okręgów i wyznaczono ich dowódców. Partyzanci otrzymali paszporty i po 150 franków na drogę. Do kraju wędrowali przez Szwajcarię, południowe Niemcy i Czechy.
Do Polski dotarło około 70 emisariuszy, z tego prawie połowa udała się do Księstwa Poznańskiego, pozostali do Galicji. Wśród nich jest Wincenty Migurski. Na miejscu ma okazję przekonać się, że przekazywane przez wysłanników Lelewela wiadomości o nastrojach powstańczych są znacznie przesadzone. Mimo to Migurski formuje niewielki oddział i przygotowuje go do przekroczenia granic zaboru rosyjskiego. Termin wejścia do Królestwa ustalono na 19 marca. W tym dniu granicę przeszły jedynie dwa oddziały. Inne nie zdążyły sformować się i nadciągnęły z dużym opóźnieniem. W tej liczbie jest i nasz bohater, który otrzymał rozkaz zakonspirowania się na terenie Galicji i czekania dalszych rozkazów. Ma być gotowy za rok, kiedy zostanie podjęta następna próba powstania. Tymczasem tropiony przez policję, zagrożony aresztowaniem, kluczył, podróżował od dworu do dworu, ciągle zmieniając miejsce pobytu.

Na Podolu Galicyjskim w 1834 roku poznał swoją przyszłą żonę Albinę Wiśniowską. Ta 16-latka była aż nadto poważna i zdradzała tendencje do melancholii. Jej skromność, powaga i patriotyczny żar oraz czerń sukien ujęły jednak Wincentego. Ona widziała w młodym mężczyźnie romantycznego, oddanego sprawie i gotowego ryzykować życie konspiratora. Zaręczyli się.
Wydaje się, że Wincenty zmęczony wieloletnią tułaczką zamierzał związać się na dobre z Albiną, założyć z nią rodzinę i osiąść na dobre w jej galicyjskim majątku. Potrzebował jednak błogosławieństwa rodziców i wsparcia materialnego i w tym celu przekroczył kordon graniczny. Była to decyzja fatalna w skutkach.

Aresztowanie i katorga


W marcu 1835 roku Migurski pod przybranym nazwiskiem brata Albiny – Antoniego Wiśniowskiego – i z jego paszportem ruszył do Królestwa, by otrzymać błogosławieństwo rodziców i pomoc materialną. Fatalny zbieg okoliczności spowodował, że Migurski został aresztowany na podstawie listu gończego za Antonim Wiśniowskim, przypadkowo posiadającym takie samo imię i nazwisko jak brat Albiny. Tak to wydarzenie opisał po latach w swoich wspomnieniach:

Atoli przybywszy na też same rogatki Skaryszewskie, zapytany zostałem dokąd jadę? Gdy odpowiedziałem że do Galicyi, zażądano ode mnie paszportu, okazałem go, lecz że nie był przez policyę, ani Wojennego Naczelnika wizowany, odesłano mnie do policyi, która poświadczyła mi paszport i gdy udałem się do Wojennego Naczelnika, tu zostałem przytrzymany z powodu, że jakiegoś Antoniego Wiśniowskiego Rząd poszukiwał, który miał być w gubernii Podolskiej i w czasie rewolucji należeć do zaburzeń.

Został zatrzymany, osadzony, a następnie przetransportowany do warszawskiej Cytadeli. Był jednym z pierwszych więźniów osławionego X Pawilonu.
Początkowo udawało mu się utrzymywać przybraną tożsamość. Po trzech miesiącach zdemaskował go jednak szpieg przebywający niegdyś wśród polskich wychodźców we Francji. Dla więźnia stanowiło to tak wielki wstrząs, że 27 maja 1835 roku targnął się na życie. Kiedy nie zadziałał arszenik, posłużył się niewielkim, przemyconym scyzorykiem. Strażnicy znaleźli Migurskiego w kałuży krwi. Obok niego leżała karteczka z wyjaśnieniem motywów samobójstwa i ostatnią wolą, którą kończył:

„Po Ojczyźnie ostatnie moje tchnienie poświęcam Albinie!".


Na Sybirze


Emisariusz został skazany na wcielenie do wojska rosyjskiego. Oczywiście postanowiono go wysłać jednak najdalej od rodzinnych stron. 18 stycznia 1836 roku ruszył kibitką do odległego kraju orenburskiego. Został skierowany do 1. liniowego batalionu w Uralsku. Służyło w nim już wielu Polaków, którzy trafili tam po listopadowym zrywie.
Uralsk był w istocie zapadłą dziurą. Wysunięta placówka na półwyspie Mangyszłak nad Morzem Kaspijskim była istnym końcem świata. Kilka domków, koszary, odwach, kamienne wały wysokości człowieka – ot, cała forteca. Śmierć zbierała duże żniwo wśród 400 żołnierzy cierpiących z powodu strasznych upałów, braku pitnej wody, chorób i ciągłych utarczek z wojowniczymi plemionami.
   "Pożegnanie z Europą" - obraz Aleksandra Sochaczewskiego. fot- wikipedia

Migurski tęsknił za ojczyzną, wolnością i ukochaną, która listownie oświadczyła, że chce połączyć się z lubym. Pokonując różnorakie przeszkody, opór rodziny, uparta dziewczyna po wielu niebezpiecznych przygodach dotarła do Uralska, gdzie oczekiwał na nią narzeczony. 24 czerwca 1837 roku zesłaniec ojciec Kandyd Michał Zielonka udzielił narzeczonym sakramentu małżeństwa – to był pierwszy katolicki ślub w Orenburgu. Ceremonia odbyła się w domu dowódcy batalionu – kościoła wszak nie było.

czytaj dalej


Trudne warunki egzystencji doprowadziły do śmierci ośmiomiesięcznej córeczki Michaliny. Zrozpaczeni rodzice, ludzie religijni, otrzymali wtedy nowy cios. Odmówiono im zgody na pochówek na prawosławnym cmentarzu i ciało trzeba było pogrzebać pod cmentarnym ogrodzeniem. Migurscy pisali błagalne listy do cesarzowej z prośbą o wstawiennictwo. Prosili o zwolnienie Wincentego ze służby wojskowej i zgodę na wyjazd do miejsca o bardziej znośnym klimacie. Bez skutku.

czytaj też: W służbie jego cesarskiej mości. Tajemnica śmierci „Batyra”

Szalony plan


Na dodatek Albina po raz drugi była brzemienna. Wtedy, w obawie o los nienarodzonego jeszcze dziecka, w ich głowach narodził się szalony plan ucieczki. Migurski upozoruje swoją śmierć i potem wspólnie z żoną uciekną do Galicji.
Wszystko zaplanowano z troską o najdrobniejsze detale. Najpierw Migurski udawał załamanie nerwowe i opowiadał wszystkim, że życie w tak beznadziejnej sytuacji straciło dla niego sens. Następnie, wtajemniczając tylko służącą Magdalenę Zakrzewską i Rosjanki – panie Syczugow, wyczekiwano sposobnego momentu do rozpoczęcia akcji. 15 listopada 1839 roku Wincenty zaniósł do kancelarii list, wiedząc, że będzie on doręczony dopiero nazajutrz. Tłumaczył w nim motywy swego postępowania i wyjaśniał, że tylko w wypadku jego śmierci brzemienna żona zdecyduje się wrócić do Galicji. Nieobserwowany udał się nad rzekę Ural i przy jednym z przerębli rozrzucił część swoich ubrań, co miało uwiarygodnić wersję o utonięciu. Wróciwszy do domu, ukrył się w szafie, a wtajemniczona w spisek służąca z samego rana dla zatarcia śladów ruszyła na „poszukiwania" swego pana.

Zaczęły się wizyty znajomych i żołnierzy, którzy widzieli zalaną łzami Migurską. Prawdziwy dowód swych aktorskich umiejętności dała ona jednak podczas wizyty dowódcy batalionu Aniczkowa i innych oficerów. Wówczas to został znaleziony, uprzednio specjalnie przygotowany, list do Albiny, w którym Wincenty informował o samobójstwie. Migurska upadła na podłogę, udając atak histerii. Wtedy do domu wbiegł pies Bekas. Zaczął drapać drzwi szafy, w której ukrywał się Wincenty. W tym momencie Albina zemdlała naprawdę, wprawiając w prawdziwą konsternację urzędowe persony, ale i uwiarygodniając wersję o samobójstwie.

 
           Artykuł jest fragmentem książki autora pt. „Sybiracy”, 
która ukazała się nakładem wydawnictwa Biblioteka Wolności.
Do nabycia w księgarni wysyłkowej Wydawnictwa

 

Migurscy zawiedli się w swych nadziejach na szybkie uznanie Wincentego za zmarłego. Z powodu nie znalezienia zwłok postanowiono kontynuować poszukiwania wiosną. Tymczasem w lutym na świat przyszła córka Migurskich. Jej ojciec ze swego ukrycia asystował przy porodzie. Dziewczynka zmarła jednak po trzech tygodniach. Rodzice postanowili, że tym razem nie pochowają dziecka w obcej ziemi – zabalsamowali ciało. Do trumienki złożonej obok tej z ciałem pierwszego dziecka włożono kamienie.

Początek wielkiej ucieczki


Skoro zwłok Wincentego Migurskiego nie odnaleziono, przyszła oczekiwana zgoda na wyjazd jego żony – podpisana przez samego Mikołaja I. 13 czerwca 1840 roku w tarantasie zasiadała Migurska, służąca Magdusia, a na koźle siedzieli woźnica oraz eskortujący ich urzędnik Daniła Jeriomin. Oprócz nich w schowku pod siedzeniem leżeli Migurski oraz zabalsamowane zwłoki dwóch córeczek – ciało pierwszej uprzednio wyjęto z grobu.

„W tarantasie, tak wszystko było urządzone, że ja w nim jadąc mogłem się wzdłuż niego wjmiągnąć, położyć głowę na poduszce, obok siedzenia żony mojej będącej i pokryty' fartuchem od powozu, po cichu z nią rozmawiać; za zbliżeniem się zaś do stacyi pocztowej, dosyć było minuty, ażebym, przestrze¬żony, już-był skurczony pod kozłem“.

czytaj dalej


Czy władze rosyjskie rzeczywiście dały się oszukać. Trudno powiedzieć. Wydaje się, że urzędnicy specjalnie wypuścili Migurskiego z żoną, by po schwytaniu skazać go na cięższy wyrok. Świadczą o tym zarządzenia poszukiwania Wincentego na terenie całego kraju. Sprawę osobiście nadzorował sam Minister Spraw Wewnętrznych hr. Strogonow. Kazał on rozesłać za nim - oficjalnie przecież uznanym za zmarłego – nawet listy gończe. Oto ustęp z rysopisu poszukiwanego:

Rysopis szeregowca 1 batalionu liniowego orenburskiego Wincentego Migurskiego. Lat 33. Wysok. 2 arsz. 6 werszków, cery białej, włosów ciemnych, oczu niebieskich, nosa średniego. Oprócz języka rosyjskiego , zna języki: francuzki i polski. Wyznania rzymsko katolickiego.

Może zadziwiać, że sam minister potężnego imperium tak wiele uwagi poświęcał sprawie jednego dezertera. Posuwał się tak daleko, że w osobistych depeszach do gubernatorów wskazywał na fizyczne niedoskonałości Polaka. Wróćmy jednak do dalszych kolei losu naszego uciekiniera.

W drogę, do Polski!


Początkowo wszystko szło według planu. Pozornie nie wzbudzając podejrzeń konwojenta-koazka udało się przejechać kilkaset kilometrów w kierunku na północny-zachód. Czwartego dnia podróży doszło jednak do tragedii.

„na czwarty dzień podróży, o pięć wiorst od miasta Piotrowska, w gubernii Saratowskiej, mocne uderzenie koła o kamień na drodze będący, sprawiło, że deska na koźle zapadła i przygniótłszy mię całym ciężarem dwóch ludzi, krzyk z moich piersi dobyła i mnie odkryła“.

Czy tak było rzeczywiście? - pewnie nie dowiemy się nigdy. Tołstoj w Sym opowiadaniu „Za co?” przedstawia to nieco inaczej. Polskiego uciekiniera zdradzić miał domowy piesek Azorek, który stale obwąchiwał skrzynie pod kozłem powozu merdając przy tym ogonem. To miało wzbudzić podejrzenia Kozaka – dozorującego transport.

„...Ma się rozumieć, konie natychmiast zatrzymano , ja, schwyciwszy się obiema rękom a za skaleczoną głowę, z żalem i ściśnionem sercem spojrzałem na Albinę. Ona z zamkniętemi oczyma, z pochyloną na piersi głową, blada jak trup, na swojem miejscu siedziała. Nie wiedziałem co począć. Kozak krzyczy dzikim, przeraźliwym jak opętany głosem , ja skaleczony i cały we krwi... Albina nieruchoma, Magdusia, bijąc się w piersi, włosy targa, i wyrzekając, ręce łamie! Furman, niczem nie wiedzący, wytrzeszcza oczy. Kilku furmanów, z towarami jadących, gapiąc się okrąża nas dokoła! Słowem, sąd ostateczny, choć go sobie okropnym wyobrażamy, nie może iść w porównanie z tą chwilą, w jakiej my byliśmy. Tam przynajmniej porządku i kolei oczekiwać należy, tu zaś krzyk, nieład, słowem, prawdziwy chaos panowały.

„ W parę minut nareszcie od kryła oczy Albina i nie wyrzekłszy ani jednego słowa i nie uroniwszy ani łzy jednej, konwulsyjnie tylko za ręką mię ścisnęła i, posadziwszy obok siebie zażądała imbryka z wodą i ranę moją przemywać poczęła. Wkrótce wszystko wreszcie wróciło do spokojności. Uriadnik tylko, że nieszczęśliwy i zgubiony, wyrzekać i krzyczeć nie przestawał i kiedy krzyki nie ustawały, ja zniecierpliwiony, pokazawszy mu miasto na wzgórzu, krzyknąłem: — Wieź m nie tam i nie wrzeszcz, albowiem ty nie tylko za to odpowiadać nie będziesz, ale cię jeszcze nagrodzą! _ „Na wspomnienie nagrody, oczy się kozakowi rozjaśniły, uspokoił się i zamilkł. „Przewieziono nas do Pokrowska i konie przed mieszkaniem burmistrza zatrzymano. Przez te pięć wiorst, któreśmy do miasta dojeż­dżali, ja z Albiną nie przemówiliśmy do siebie ani jednego słowa, ona tylko z troskliwością głowę moją macała i obmywała, ja zaś, z trudną do opisania boleścią na nią patrzałem.

Znowu katorga


Migurski wraz z żoną i służącą zostali odwiezieni do Pokrowska, a stamtąd do Saratowa. Tam w kościele odbyła się msza żałobna za dusze zmarłych dziewczynek. Widok był wstrząsający. Katafalk z jedną trumienką, a przed nią klęczący rodzice. Ona cała w żałobnej czerni, on w kajdanach. Olbrzymi tłum zebrał się, by wziąć udział w pogrzebie.


Obraz Jacka Malczewskiego pt. "Sybiracy". Fot. wikipedia.org

Choć na początku byli polskiej rodzinie nieprzychylni, teraz nastroje pod wpływem nieszczęścia rodziny zmieniły się. Groźny tłum o mało nie ukamienował uriadnika, który próbował rozpędzić gromadzących się ludzi. Podobno sytuacja ta zaszokowała nawet samego cesarza Mikołaja, który nie przypuszczał, że miejscowa ludność wystąpi w obronie „buntowników”. Rosjanie współczuli uciekinierom. Odwiedzali ich w ich na kwaterze, obdarowywali żywnością i owocami. Niektórzy namawiali do ucieczki, inni padając na kolana przed Albiną, prosili o błogosławieństwo.

„Kto wie – mawiano – może potomność oceniając tyle cierpień, przez słabą kobietę przeniesionych, uzna cię kiedyś za świętą".

Car jednak nie miał litości dla uciekinierów. Żądał kary dla człowieka, dla którego ziemia rosyjska nie była zbyt dobra, by pochować w niej swoje dzieci. Kolejne lata to niemal niekończące się pasmo udręki. Kolejne wyroki. W końcu śmierć żony w odległym Nerczyńsku, a po niej synka – Konrada. Po śmierci bliskich Migurski ułożył sobie jakoś życie. Stołował się w Domu Polskim, pośredniczył w korespondencji Polaków zesłańców z krajem, którym odebrano to prawo. Starał się o uwolnienie z zesłania, ale zamiast tego w 1857 roku awansowano go na podoficera. Wreszcie, wskutek starań siostry Rafaliny, Wincenty otrzymał zgodę na powrót do kraju. Do Warszawy przybył w 1859 roku. Następnie przeniósł się do Lublina, a później do Wilna. Zmarł 9 sierpnia 1862 roku i został pochowany na cmentarzu Na Rossie. Dziś jego losy są zapomniane, a szkoda, bo jego życie było pięknym przykładem polskiej postawy patriotycznej.

czytaj też: Kto tak naprawdę zbudował Amerykę?

Najchętniej czytane