"WYRWAŁEM CHWASTA"! PRZERAŻAJĄCA HISTORIA PRAWDZIWEGO MORDERCY Z "PSÓW"

"To ja sobie myślę: To po co taki człowiek żyje? Po co taki człowiek żyje, jak ten chwast? Wyrwałem chwasta" - mówi zabójca Wyrek do Bogusława Lindy, filmowego Franza Maurera w drugiej części "Psów" . W maju 1982 r. w podobny sposób tłumaczył się morderca, który na stałe zapisał się w polskich kronikach kryminalnych. 

Mieszkający w Bydgoszczy Tadeusz Wencel wierzył, że ma do wykonania ważną i chwalebną misję. Czuł się - jak sam mówił - predysponowany do zgładzania kanalii. W jego wyobrażeniach społeczeństwo wydawało się być czymś w rodzaju ogromnego ogrodu. On zaś, jak na sumiennego ogrodnika przystało, uwalniał piękne kwiaty od szkodliwych chwastów.

Tadeusz zabił dwukrotnie. Nie żałował żadnej ze swoich ofiar, uważając je za ludzi nieprzydatnych. "Oni byli nic nie warci, nie było nadziei, że będą lepsi - tłumaczył przed sądem motywy swoich zbrodni. - Janina M. była wyrodną matką. Nie interesowała się losem swoich dzieci. [...] Pomyślałem, że lepiej będzie dla dzieci, jeśli nie będą miały takiej matki, która nawet w święta Bożego Narodzenia nie odwiedziła ich, a zamiast kupić im pomarańcze, nabyła za to alkohol i spożyła go w melinie".

Równie mocno co wszelkiej maści szumowin Wencel nienawidził własnego życia. Już po pierwszym zabójstwie, którego dokonał w 1977 r., prosił sąd, aby nie doszukiwał się okoliczności łagodzących i skazał go na karę śmierci. Pięć lat później polski wymiar sprawiedliwości spełnił jego prośbę.

Sprzedany za wódkę i ubrania


Przykład Wencla pokazuje, jak duży wpływ na dorosłe życie mogą mieć traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa. Urodzonemu w 1949 r. Tadeuszowi nie było dane zaznać ciepła rodzinnego domu. W jego najbliższym otoczeniu zawsze obecny był za to alkohol spożywany w dużych ilościach przez stroniącego od pracy ojca.

fot. wikimedia-commons domena publiczna

Od drugiego roku życia - po tym gdy odebrano go matce prawomocną decyzją sądu - był wychowywany przez  konkubinę ojca, Martę W. Po czterech latach wiążąca koniec z końcem kobieta znalazła jednak pracę w Warszawie i przekazała go swojej sublokatorce Julii B. Nowa opiekunka pracowała na kolei, a po godzinach prowadziła w mieszkaniu melinę. Po latach Tadeusz Wencel powie jednak o tym miejscu: "To był wspaniały dom, codziennie wóda, dobre żarcie i burdel na okrągło". 

W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, Julia B. kompletnie nie interesowała się losem małego Tadka. Wychowywała go do 12 roku życia wmawiając mu, że to Marta jest jego prawdziwą matką (chłopiec przyjął zresztą jej nazwisko). Przez niemal całe dzieciństwo Tadeusz miał ponadto żyć w przeświadczeniu, że nigdy już jej nie zobaczy - Julia B. okłamała go, że Marta zmarła.

Dorastanie w patologicznym środowisku wpłynęło na agresywne zachowanie nastolatka. Z inicjatywy szkoły, do której uczęszczał, został umieszczony w domu dziecka w Wągrowcu. Pewnego dnia Tadka odwiedziła była już opiekunka. Podczas kłótni kobieta przekazała mu wstrząsającą wiadomość: jego biologiczną matką była zupełnie inna kobieta, która - jak twierdziła Julia B. - sprzedała go za "butelkę wódki i amerykańskie ciuchy". Jakby tego było mało, w 1962 r. ojciec Wencla popełnił samobójstwo.


Zwłoki w kufrze 


Odwiedziny Julii B. odcisnęły głębokie piętno w psychice Wencla. Kolejne lata upływały mu na próbach odnalezienia prawdziwej matki, ucieczkach z domów dziecka oraz mniejszych i większych przestępstwach, za które trafiał do zakładów poprawczych. Po drodze trafił też na trzy miesiące do aresztu za włóczęgostwo. W międzyczasie udało mu się ustalić, że jego matką jest mieszkająca w Bydgoszczy Regina S. U progu jej domu stanął w Boże Narodzenie 1968 r., ale już po kilku dniach gościny musiał ją opuścić. Usłyszał od niej, że nie ma zamiaru mieszkać pod jednym dachem z kryminalistą.

Po jakimś czasie znów zapukał do jej drzwi,  jednak tym razem nie został wpuszczony do środka. W złości wybił jej  szyby w oknach, po czym włamał się do kiosku i uprzedził dzielnicowego, że zamierza zabić matkę. Wydano nakaz aresztowania Wencla. W celi wyraził skruchę, pisząc do Reginy S. list, na który ta nigdy mu nie odpisała:

"Kochana Mamo [...] chciałem Was bardzo przeprosić za to, co wyrządziłem Wam. Zdaję sobie sprawę, że postąpiłem nie na miejscu, ale już tego nie odwrócę [...] Mamusiu, muszę ci wyjaśnić, że bardzo chciałem być z mamą i zacząć nowe życie, i mieć kogoś bliskiego".

Mimo że Wencel utrzymywał, że wcale nie miał zamiaru zabić matki i wypowiedział te słowa tylko po to, aby zwrócić na siebie uwagę, prokuratura potraktowała jego groźbę bardzo poważnie. Mężczyzna został skazany na 8 miesięcy więzienia.

Aktor Sławomir Sulej, odtwórca roli Wyrka - 
fot. By Mateusz Owczarek (Own work) CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons

Gdy skończył 27 lat nastąpił - jeśli można to tak nazwać - prawdziwy zwrot w jego życiu. Wtedy właśnie - 8 stycznia 1977 r. - w jednym z mieszkań w Świeciu odkryto przerażający ślad zbrodni - ogromny kufer ze zwłokami uduszonej kobiety. W toku śledztwa wyszło na jaw, że morderstwa dokonano 12 dni wcześniej.

Ofiarą okazała się Janina M. - konkubina właściciela miejscowej meliny. Kobieta porzuciła męża i trójkę swoich dzieci. W Boże Narodzenie Wencel wraz z gospodarzem postanowili wręczyć jej pieniądze, aby kupiła za nie pomarańcze swoim dzieciom. Następnego dnia Janina M. przyznała się jednak Wenclowi, że za otrzymaną gotówkę kupiła alkohol.

W trakcie kłótni mężczyzna chwycił ją za gardło, dając jej - jak twierdził - trzy minuty na przyznanie się, że jest wyrodną matką. "Wtedy puściłbym ją wolno. Ale nie zrobiła tego, więc chwyciłem rękami za jej szyję, trzymałem w uścisku ok. 10 minut. Patrzyłem na siniejącą twarz i wydawało mi się, że to moja matka" - powiedział podczas procesu. Za zabójstwo Janiny M. Sąd Wojewódzki skazał Wencla na karę śmierci, jednak wyrok nie został podtrzymany przez Sąd Najwyższy, który zmienił go na 25 lat pozbawienia wolności.


"Zabiłem go za poglądy"


Również okoliczności drugiego morderstwa opisywanego przez Wyrka pokrywały się z rzeczywistymi motywami Wencla. Podczas rozmowy z Maurerem grany przez Sławomira Suleja więzień spowiadał się z zabójstwa, które miało zaprowadzić jego pierwowzór prosto na szubienicę.

Inspiracją dla znanego z relacji Wyrka "Zięby Karola, który się wszędzie chwalił, że się niczego nie boi" był recydywista Jan G. odsiadujący wyrok za napad rabunkowy. Do celi z Wenclem, który przebywał wówczas w więzieniu we Wronkach, trafił w 1981 r. W maju tego samego roku media na całym świecie informowały o nieudanej próbie zamachu na Jana Pawła II, dokonanej przez powiązanego z turecką organizacją terrorystyczną Mehmeta Alego Ağcę. Kilka miesięcy później współwięzień Wencla odniósł się do tego wydarzenia wypowiadając słowa, które okazały się ostatnimi w jego życiu. 25 sierpnia 1981 r. Jan G. został uduszony, co jego zabójca wyjaśniał potem następująco:

"Powiedział, że te głupki nie potrafiły zabić papieża i on by to lepiej zrobił za butelkę wina. Zadałem mu pytanie. Czy jakby miał pod palcem guzik, który jak przyciśnie, to rozwala cały świat, to by go użył? Odpowiedział, że pewnie, kto by tego nie zrobił. Trzeba myśleć o sobie, bo inaczej człowiek kończy jak ten mięczak Kolbe albo Korczak".


 

fot. wikimedia-commons domena publiczna

W mowie końcowej Wencel tłumaczył, że skazał Jana G. na śmierć za "jego poglądy, obrażanie i lekceważenie osób świętych, rządu naszego, ojczyzny i ludzi socjalistycznych". Dodał, że słynny szermierz i szpieg CIA Jerzy P. (Pawłowski) nie przeżyłby z nim w celi nawet 24 godzin, a jednego z więźniów nie zabił tylko dlatego, że miał przy sobie podobiznę papieża. Jan G. był jednakże ostatnim "chwastem" wyrwanym przez Tadeusza Wencla. Sąd przychylił się do jego wcześniejszych próśb i tym razem to on - usuwający niepożądane rośliny "krwawy ogrodnik" -  miał zostać pozbawiony praw publicznych i usunięty ze społeczeństwa raz na zawsze.

Mówcie mi Zbigniew


Już po pierwszym zabójstwie Tadeusz Wencel przyjmował linię obrony, która miałaby wskazywać na jego niepoczytalność. Podczas rozprawy w Bydgoszczy powiedział:

"Mam jedynie dokumenty Tadeusza Wencla. Nazywam się faktycznie Zbigniew P. Urodziłem się 24 stycznia 1924 roku. Moi rodzicie mieszkali na >>Planecie Halej<<. Posiadam średnie wykształcenie. Zdobyłem je na Bermudach w 1500 roku. [...] Kiedy Wencel był ekshumowany przez doktora Frankensteina zdobyłem jego dowód osobisty. On zginął w katastrofie lotniczej pod Krakowem".

W dalszej części swojego przemówienia Wencel stwierdził także, że do zabójstwa Janiny M. zmusił go niejaki doktor Sorge kierujący sowieckimi służbami. Biegli psychiatrzy nie dali się jednak nabrać, stwierdzając jednoznacznie, że wyjaśnienia oskarżonego są jedynie próbą uniknięcia kary.

Podczas kolejnego procesu o morderstwo, który odbył się w maju 1982 r. w sądzie wojewódzkim w Pile, linią obrony Wencla było już znane z filmu "Psy 2. Ostatnia krew" przekonanie o posiadanym przez niego prawie do "wyrywania chwastów". Tym razem Sąd Najwyższy podtrzymał wydaną przez sąd I instancji  karę śmierci. Wyrok - egzekucję przez powieszenie - wykonano 7 lipca 1983 r.

Gdy niespełna 11 lat później  do kin wchodził film Władysława Pasikowskiego z kultową już sceną z Wyrkiem, reżyser przyznał, że na pomysł tej postaci wpadł późno w nocy, po obejrzeniu w telewizji reportażu o Wenclu.

Najchętniej czytane